sobota, 22 kwietnia 2017

"Przy tobie" Rozdział 6


Hej! :) Po długiej przerwie, ale wrzucam 6 rozdział. Betowała fefa oraz Derwisz, którym bardzo dziękuję, ale czekam aż fefa przejrzy rozdział ponownie - zawsze da się coś wyłapać ;) Ale nie chciałam dłużej czekać z wrzuceniem, więc jak coś to po prostu podmienię wersje.

Zapraszam :)


Rozdział 6

                Gdyby nie wydobywające się z głośników „Przystanek: Gwarna”, Jacek pewnie pojechałby na koniec trasy i z powrotem, bo przez całą drogę spoglądał w okno i w ogóle nie skupiał na tym, co się dzieje wokół niego. Teraz jednak poderwał się z siedzenia i próbował przecisnąć przez tłum ludzi — cholera, czemu ich zawsze było tak dużo w komunikacji?
                Wygramolił się z tramwaju, poklepał po kieszeniach, przejrzał torbę, czy wszystko ma i wreszcie uniósł wzrok.
                Mateusz stał tam, pod sklepem, w rozpiętym płaszczu, czarnych spodniach i szarej koszuli. Palił papierosa, co trochę Jacka zdziwiło, bo nigdy go z fajką nie widział, ale stwierdził, że zdecydowanie było mu z tym do twarzy.
                Nogalski spojrzał na swoje znoszone trampki i koszulkę w pizze z lekkim zniesmaczeniem. Gdyby wiedział, że Mati się tak odstawi, to sam ubrałby coś lepszego…
                — Kaczuś! — zawołał Woźniak wesoło i rzucił peta na chodnik. — Co tak stoisz?
                — Od kiedy palisz?
                — A tak różnie — wzruszył ramionami. — Jak się denerwuję to sobie zajaram.
                — Coś się stało? — spytał zmartwiony Jacek i odgarnął loki z czoła, a Mati spojrzał gdzieś w dal i uśmiechnął się lekko.
                — W końcu mamy randkę, to chciałem wypaść jak najlepiej. No i się zestresowałem przez to — odpowiedział, a Jacka aż wmurowało w podłogę. Randka? Teraz Jacek miał potwierdzenie, że Mati faktycznie coś do niego czuł… I to najwyraźniej od dawna. Zaczynając od jego milknięcia, gdy tylko padło imię Julka, poprzez wieczne zaczepianie, targanie po włosach, czasem uścisk, zapraszanie na miasto… Na początku Nogalski myślał, że to tylko i wyłącznie takie „przyjacielskie” gesty, w końcu Mateusz absolutnie nie wyglądał i nie zachowywał, jakby był gejem, a Jacek zbyt dużo się nad tym nie zastanawiał. Miał go po prostu za otwartego i wesołego gościa.
                Prawda okazała się być jednak nieco inna. I Jacek nawet się z tego cieszył w głębi duszy, bo przecież nie był przystojniakiem, więc nigdy nie podejrzewałby, że może podobać się komuś takiemu jak Mateusz. Ostatnimi czasy zapuścił się jeszcze bardziej, być może dlatego, że nie czuł potrzeby starania się dla Julka, czy dbania o siebie — było mu już wszystko jedno. Żałował, że Julek nie może być taki jak Mati. Wtedy wszystko byłoby w porządku, dogadywaliby się na pewno lepiej, byliby szczęśliwi…  
                — Nie mówiłeś, że to… — zaczął, ale Mateusz objął go ramieniem i zaczął prowadzić w sobie znaną stronę.
                — Idziemy do Cybermachiny! — powiedział wesoło i w końcu puścił Jacka, który zarumienił się i naprawdę dziękował, że na dworze było zimno, bo dzięki temu może Mati pomyśli, że to tylko i wyłącznie od mrozu.
                Nogalski kiwnął głową i do pubu szli w milczeniu — na szczęście nie było to daleko od przystanku, więc chwilę później weszli już do środka. Jacek bywał czasem w Cybermachinie w swoim mieście, więc mniej więcej wiedział, czego się spodziewać. I wcale się nie zdziwił, widząc te same lampy w kształcie klocków ze znakiem zapytania ze znanej, kultowej gry „Mario”, telewizory na ścianach i podłączone do nich konsole, a także jakieś obrazki, czy plakaty z różnych gier. Ludzi oczywiście było mnóstwo i większość siedziała przy stolikach, grając w planszówki i śmiejąc się głośno. Jacek wcale się nie łudził, że mogliby tu znaleźć jakiś stolik, ale Mateusza najwyraźniej mało to obchodziło, bo stał już w kolejce do baru.
                — Mati! — zawołał Jacek i pociągnął przyjaciela lekko za koszulę, żeby ten na niego spojrzał. — Przecież tu nie ma miejsca!
                — Zrobiłem rezerwację! — odpowiedział Woźniak z dumą i uśmiechnął się, a Nogalski aż się na niego zapatrzył. Cholera, czy ten człowiek musiał być aż tak przystojny? Czy była na tym świecie jakakolwiek sprawiedliwość?
                Jacek pokiwał głową i odgarnął loki z czoła. Przeklął je w myślach, bo teraz przyklejały mu się do skóry — czuł, jak cały się poci. I nie wiedział już, czy to ze zdenerwowania, czy przez Matiego, czy po prostu przez panujący zaduch.
                — Idź tam — Mateusz wskazał mu palcem jakieś miejsce, ale Jacek nie widział nic prócz ludzi. — Na końcu. Na stoliku powinna być kartka z rezerwacją. Co ci wziąć? — spytał, wyciągając portfel.
                — Eee — zaciął się. — Może być Grog Le Chucka. Potem ci oddam...
                — No, zobaczymy — zaśmiał się Mateusz i potargał Jacka po włosach, na co ten westchnął tylko i próbował nie myśleć o tym, jak bardzo teraz jego kumpel będzie miał mokrą dłoń.
                Nogalski postanowił więc ruszyć do tego domniemanego stolika, ale naprawdę nie było to łatwe zadanie. Ktoś, kto otworzył Cybermachinę w tym miejscu chyba w ogóle nie miał pojęcia, jak bardzo popularny jest ten pub. Korytarz łączący jedną część (tę z barem) i drugą, gdzie było więcej stolików, był nie dość że wąski, to jeszcze akurat tam powiesili telewizor, dali konsolę i krzesła! Jacek warknął w myślach, próbując przejść obok bandy nerdów, która patrzyła, jak dwie osoby w coś grają.
                Kiedy w końcu udało mu się przecisnąć na drugi koniec pubu, wcale nie zauważył, żeby jakikolwiek stolik był pusty. Przyjrzał się bardziej — faktycznie na jednym była kartka „rezerwacja”. Mimo tego i tak siedzieli przy nim jacyś ludzie.
                — Sorry — zaczął, a trzech chłopaków spojrzało na niego niechętnie. — Ale tu jest…
                — Spoko, już spadamy — powiedział jeden, w irokezie, po czym wzięli swoje piwa i ruszyli gdzieś w tłum. Jacek odetchnął, usiadł na czarnej pufie i wziął do ręki kartkę z drinkami, którą zaczął przeglądać.
                Pamiętał, że raz udało mu się wyciągnąć Julka do Cybermachiny, bo Julian był fanem książek, komiksów, gier, „Gwiezdnych wojen” i wszystkiego, co nerdowskie. Pograli wtedy chwilę na konsoli w Mortal Kombat, wypili jakieś dziwne drinki i wyszli, bo Szymczakowi nie pasowało to, że schodziło się coraz więcej ludzi.
                Jak Jacek się tak bardziej zastanowił, to zauważył, że jemu też coraz bardziej przeszkadzały tłumy. Kiedyś mało się przejmował tym, że autobus czy tramwaj był zawalony, że aby zatańczyć w pełnym klubie trzeba było ocierać się o innych ludzi, że ogólnie w piątki większość pubów była wypełniona po brzegi. W końcu „z kim przystajesz takim się stajesz”, podobno. Przez julkowe domatorstwo sam z czasem stracił zapał do jakichkolwiek wyjść. Pomyślał, że czas to zmienić, bo, cholera, przecież on taki nie był! Zauważył, że jakiś czas temu przestał być tym samym Jackiem, co kiedyś. Wesołym Jackiem, który miał dużo znajomych, wszystkich rozśmieszał i kochał tańczyć. Nie powinien się tak zmieniać przez jedną osobę, myślał dalej, rozglądając się po pomieszczeniu, bo zaczynało mu się nudzić.
                — Jestem! Tęskniłeś? — spytał Mateusz, kładąc przed Jackiem wysoką szklankę z drinkiem o karmelowym kolorze. W skład Grog Le Chucka wchodził rum, cola i kawałki limonki — niby nic wielkiego, ale Jacek naprawdę lubił tego drinka.
                — Za alkoholem? Pewnie — odpowiedział Nogalski i uśmiechnął się zadziornie, a Mati prychnął i wziął łyka piwa z kufla.
                — Okrutny jesteś — mruknął Woźniak i podparł brodę na dłoni. — I co tam się działo ciekawego na uczelni, jak mnie nie było? — spytał, wpatrując się w Jacka swoimi dużymi, niebieskimi oczami.
                — Cóż, gość od fizyki był wkurzony, bo mieliśmy iść przecież do tablicy, a ciebie nie było — odpowiedział Jacek po chwili, kiedy upił kilka łyków drinka. — A tak poza tym to nudy. A, no i dzisiaj byliśmy na piwku po angielskim.
                — E, wyjebane na tego typa — wzruszył ramionami. — Pójdę za tydzień, co za problem. No i co tam gadaliście?
                — A wiesz, Marcin znowu udawał, że wie o czym rozmawiamy i się wtrącał, debil. Krystian się przechwalał nową „dupą” przed Kubą, Adrian z Patrykiem gadali o jakiejś książce…
                — Ale się musiałeś beze mnie wynudzić, biedny — powiedział Mati i przysunął się do Jacka blisko. — Teraz jestem cały twój — wyszeptał mu do ucha, na co Nogalski wzdrygnął się i spojrzał na przyjaciela zaskoczony. Cholera, nie powinno tak być. Najpierw powinien uporać się z Julkiem…
                — Mati… — Jacek westchnął. — Nie rób tak, proszę.
                Woźniak zamrugał, po czym zmarszczył brwi, zdziwiony. W końcu odsunął się od Jacka i prychnął.
                — No tak — burknął i wziął łyka piwa. — Zapominam o tym twoim lalusiu.
                — Och, ktoś tu jest zazdrosny — zaśmiał się Jacek i spojrzał na Mateusza z uśmiechem. Co jak co, ale to był naprawdę uroczy widok.
                — Będę walczył. Możesz mu przekazać.
                Jacek odgarnął loki z czoła i odchrząknął, nie bardzo wiedząc, co ma na to odpowiedzieć.
                — Wiesz, że zawsze tak robisz, jak się denerwujesz? — spytał Mateusz, uśmiechając się ciepło.
                — Ale jak?
                — Targasz tymi lokami.
                — Bo są denerwujące.
                — Są fajne, wymyślasz — parsknął Woźniak. — Zobacz na moje kudły, o — dodał, ze zniesmaczeniem łapiąc swoje włosy. — Siano to takie, proste, bez wyrazu…
                — No chyba żartujesz! — żachnął się Jacek. — Są cud… — zaczął i nagle zmrużył oczy, patrząc na przyjaciela podejrzliwie. — Czekaj. Ty chcesz wymusić na mnie komplementy!
                — Wcale nie — odpowiedział Mateusz, uśmiechając się niewinnie.
                — Dupek.
                Przekomarzali się jeszcze jakiś czas, a kiedy Mati zauważył, że jakieś dziewczyny odchodzą od konsoli, od razu wstał i rzucił się na dwa krzesełka przed telewizorem. Jacek wziął ich już prawie puste szklanki i podszedł do Mateusza, po czym usiedli i zaczęli grać w Tekkena. Długo jednak to nie potrwało, bo kiedy tylko Woźniakowi skończyło się piwo, położył dłoń na ramieniu Jacka i powiedział:
                — Chodźmy gdzieś indziej.
                Nogalski zgodził się od razu — miał ochotę się po prostu nawalić. Jakieś szoty, a potem iść na parkiet i tańczyć do rana, żeby zapomnieć o wszystkich durnych problemach. Chciał znowu poczuć się wolny i szczęśliwy.
                Podjechali tramwajem na Wrocławską i zgodnie stwierdzili, że czas odwiedzić Czupito, czyli małą knajpkę, gdzie było mnóstwo różnych, wymyślnych szotów. Kolejka ciągnęła się aż na zewnątrz, co w sumie nie było zaskakujące, bo pomieszczenie było naprawdę małe, a zainteresowanie tym miejscem ogromne. Kiedy w końcu dobrnęli do baru, Mateusz z uśmiechem na ustach zamówił szota o nazwie Blow Job i pomachał śmiesznie brwiami, patrząc na Jacka. Ten tylko zrobił gest „puknij się w łeb” i pokręcił głową z niedowierzaniem.
                Wypili kilka dziwnych szotów i ruszyli dalej na miasto, zahaczając o różne puby i kluby, ale w żadnym nie zabawili długo. Coraz bardziej kręciło im się w głowie od wódki, szli przez jakąś uliczkę, śmiejąc się głupio i obejmując nawzajem w pasie. Weszli do kolejnego klubu, nawet nie patrząc na nazwę, wypili znowu dwa szoty i poszli na parkiet. Jacek znowu czuł się jak w swoim żywiole — tańczył obok Mateusza, z Mateuszem i nic go nie obchodziło poza głośną muzyką, alkoholem we krwi i przystojnym przyjacielem, który trzymał go teraz za biodra.
                Woźniak schylił się do niego i krzyknął:
                — Chcę zapalić!
                Minęła chwila zanim do pijanego Jacka dotarł sens tych słów, ale w końcu kiwnął głową i dał się ciągnąć za rękę na zewnątrz. Kiedy wyszli, Mateusz wyjął paczkę i zapalił jednego papierosa, a drugiego podał Nogalskiemu. Ten spojrzał na fajkę i zamrugał.
                — Hm — mruknął. — Ostatni raz paliłem dwa lata temu — wymamrotał, wkładając papierosa do ust, a Mati zaśmiał się tylko i podał mu zapalniczkę. Chwilę obserwował, jak przyjaciel męczy się z ogniem.
                — Nie pij już więcej — parsknął śmiechem, obejmując Jacka ramieniem, a ten wypuścił dym z ust i przymknął oczy, opierając się o Mateusza.
                — Ej, pedały! — zawołał jakiś typ przechodzący obok klubu, a dwóch jego kolegów zarechotało.
                — Masz jakiś problem, śmieciu? — warknął Woźniak, zasłaniając Jacka swoim ciałem i spojrzał na mężczyznę wrogo, a ten gwizdnął i podszedł do niego.
                — No, no, ten cwel chce dostać w cipę!
                Dwóch typów stanęło za swoim liderem, jeden splunął na chodnik. Jacek wyjrzał zza pleców przyjaciela i obleciał go strach, kiedy spojrzał na twarze trzech napastników.
                — A ten co, za spódnicą się chowa, pizda jedna! Spedalony grubas — zarechotał znowu.
                Mateusz nie wytrzymał. Wyrzucił papierosa, zamachnął się i przywalił gburowi prosto w nos, aż ten poleciał do tyłu. Kiedy napastnik próbował zatamować krwotok, dwóch jego przydupasów rzuciło się na Matiego. Woźniak, zaślepiony adrenaliną, uniknął ciosów i złapał jednego typa za włosy, po czym uderzył go w brzuch.
                Jacek patrzył na to wszystko przerażony. Nigdy by nie pomyślał, że ten miły, radosny Mati może kogoś tak pobić! I to w jego obronie.
                — Mati, przestań! Przestań, kurwa! — zawołał w końcu, łapiąc Mateusza za rękę, kiedy ten znowu próbował się zamachnąć na pobitego już mężczyznę.
                Woźniak puścił gościa i wytarł nos przedramieniem. Z klubu wybiegło dwóch ochroniarzy, na widok których trzech jeszcze przed chwilą agresywnych typów uciekło w głąb uliczki.
                — Wszystko w porządku? — spytał wysoki, szeroki i łysy mężczyzna, patrząc na przestraszonego Jacka.
                — Tak — wydukał Nogalski i spojrzał na wciąż wściekłego Mateusza. — My już sobie idziemy — dodał i złapał przyjaciela za łokieć, po czym pociągnął go za sobą w stronę rynku.
                — Puść — burknął Mati i wyswobodził się z uścisku, na co Jacek uniósł brwi do góry i prychnął.
                — Co ty, zabić go chciałeś? — spytał i odgarnął loki z czoła. — Nic ci nie jest?
                — Nikt nie będzie mnie pedałem nazywał — warknął Mati i usiadł na ławce.
                — Kretynie — westchnął Jacek i usiadł obok niego. — Przecież jesteś…
                — Nie. Jestem gejem, nie pedałem. I nie jestem cwelem ani cipą…
                — Dobra, już, wyluzuj — Jacek objął go ramieniem. — To byli tylko jacyś debile, co szukali zaczepki…
                — I nikt nie będzie cię obrażał — mruknął już ciszej, krzyżując ręce na piersi. Spojrzał gdzieś w bok, zapewne lekko się zawstydzając, co Jacek znowu uznał za strasznie urocze. Uśmiechnął się szeroko, szczęśliwy, że ktoś tak o niego dba i pocałował Mateusza w policzek, nie zważając na to że są na rynku pełnym ludzi. Alkohol wciąż krążył mu w żyłach.
                Mati spojrzał na niego zdziwiony.
                — Dzięki, rycerzu — zaśmiał się Jacek i oparł głowę na ramieniu przyjaciela.
                Mateusz uśmiechnął się lekko i wsunął nos w jackowe kosmyki, wyczuwając cytrusowy szampon przebijający się przez zapach papierosów. Było im tak dobrze na tej niewygodnej, zimnej ławce, że mogliby spędzić tam całą noc.
                — O, kurwa. — Usłyszeli z boku. — A wy co?
                Mateusz przeklął pod nosem. Jeszcze tego brakowało.



środa, 5 kwietnia 2017

Mały update!

                Cześć! Chciałabym niestety powiadomić, że publikacja 6 rozdziału może się nieco przedłużyć… Co prawda jest on już napisany, ale muszę nad nim popracować — jest dość sporo do poprawy, chcę dopisać kilka rzeczy, a teraz niezbyt mam jak. Zaczyna się okres „kolosy-ze-wszystkiego-bo-święta” i mam dość sporo na głowie teraz, a w przyszłym tygodniu już Wielkanoc. Z okazji czego już teraz chciałabym wam życzyć „Wesołego jajka” :)
                Myślę, że rozdział pojawi się za mniej-więcej dwa tygodnie (mam nadzieję, że znajdę trochę czasu w te wolne dni i ogarnę wcześniej, więc trzymajcie kciuki!)
                Tak tylko chciałam wyjaśnić, co by nie zostawiać bloga pustego na tyle czasu. Dodam również, że pracuję nad dwoma innymi historiami poza „Przy tobie”, więc trochę do roboty mam :D
                Pozdrawiam wszystkich i do poczytania ;)

niedziela, 26 marca 2017

"Przy Tobie" Rozdział 5


                Witajcie! :) Wstawiam ten rozdział z lekkim opóźnieniem, ale najpierw się rozchorowałam, potem pojechałam na koncert Toma Odella, nie doleczyłam się i jakoś tak wyszło. Ale jest, wreszcie!
                Chciałabym was bardzo zachęcić do komentowania oraz obserwowania bloga. :) To dla mnie bardzo ważne — każda opinia, każda krytyka pomaga. A obserwatorów miło widzieć, że gdzieś tam są i czytają!
                Betowali: Derwisz oraz fefa, którym bardzo dziękuję za włożoną pracę i pomoc.
                Nie przedłużając dużo, zapraszam!




               

Rozdział 5

                Jacek niesamowicie się nudził. To był już trzeci dzień na uczelni bez Mateusza, który w środę rano napisał mu SMS-a, że się rozchorował i go nie będzie. Usprawiedliwił się dodatkowo tym,  że umówił się z Jackiem na imprezę w piątek, więc chciał do tego czasu być w pełni sił.
                Nogalski stwierdził, że może to i nawet lepiej, bo chyba nie wiedziałby, jak spojrzeć Matiemu w oczy. Od kiedy był pewien orientacji seksualnej przyjaciela, łatwiej przychodziły mu perwersyjne myśli o nim, z czym czuł się nieco dziwnie. Jacek miał dość osobliwą przypadłość — starał się nie fantazjować o osobach, o których wiedział, że są hetero. Świadomość tego, że nigdy nie mógłby tych fantazji spełnić, powodowała u niego pewną blokadę.
                Czuł się dziwnie, bo przecież miał faceta i nie powinien myśleć o innych, ale w sumie nie był pewien, czy mógł to co teraz było między nimi nazwać „związkiem”. Uświadomił sobie, że to już nie to samo, co kiedyś. Na początku Julek przecież przychodził do niego niemal codziennie i gdy tylko mama Jacka wychodziła z domu — kochali się. Oglądali filmy w jackowym pokoju, przekomarzali się, grali w gry albo po prostu spali obok siebie. Jacek lubił to milczące towarzystwo Julka, choć czasem męczyło go wieczne siedzenie w domu. Chciał z nim gdzieś wychodzić — do kina, na basen, cokolwiek, ale Julek nigdy jakoś nie miał ochoty. Nogalski to akceptował, bo przecież wiedział, że nie każdy jest rozrywkowym typem człowieka, a on był w Szymczaku tak zakochany, że nic go nie obchodziło. Ważne, że mieli siebie. I wszystko było jakieś takie lepsze, byli blisko… Przynajmniej Nogalskiemu tak się wydawało. W końcu on był zakochany, jak szczeniak — latał za Szymczakiem, chciał mu dogadzać i ciągle być obok, wiedząc co nieco o jego życiu rodzinnym. Chciał mu pomóc. Ale Julek niekoniecznie tej pomocy chciał, był raczej zdystansowany i o sytuacji w swoim domu nie miał ochoty rozmawiać.
                Teraz… Teraz z Julkiem już się tylko mijali. Chłopak spędzał całe dnie na uczelni i w pracy, więc widzieli się rzadko. I Jacek doszedł do przykrego wniosku, że zaczynało mu to być obojętne. Może niekoniecznie do siebie pasowali? Miał wrażenie, że to tylko kwestia czasu, aż w końcu się rozstaną. Ale on nie chciał robić tego kroku, bo czuł lęk przed samotnością i zwyczajnie ciężko mu było oswoić się z myślą, że po tak długim czasie może Julka zabraknąć. Przyzwyczajenie to okropny łańcuch, przez który ludzie często niczego w swoim życiu nie zmieniają. W końcu zawsze może być gorzej, zatem lepiej trzymać się przy czymś, co jest „pewne” i „znane”.
                — Jacek, żyjesz?
                Oderwał się od myśli i spojrzał na Adriana.
                — Ano — potwierdził i odgarnął loki z czoła.
                — Gdzie masz swojego dryblasa? — zaśmiał się Krystian, typowy lansiarz, za którym Jacek za bardzo nie przepadał. Koleś był bezczelny, chamski i zawsze na wszystko miał „wyjebane”, jak to lubił powtarzać.
                — Chory jest — wzruszył ramionami, a Krystian zwyczajnie się znudził i nie drążył tematu.
                — Robicie coś po angolu? — spytał Adrian, rozglądając się po wszystkich, którzy siedzieli razem z nim przy stoliku w bufecie.
                — Jeśli twoje następne pytanie zaczyna się na „p”, to ja zawsze jestem gotów — powiedział szybko Kuba, poprawiając czapkę z daszkiem na głowie.
                — Zgadłeś. Piwo?
                — Ale takie szybkie ofensywne — dodał Marcin od siebie. — Przynajmniej ja. Potem muszę wracać na swoje zadupie, a trochę drogi tam mam.
                — Ja chętnie! — Ucieszył się Jacek. Przynajmniej nie będzie siedział w pustej kawalerce i się nudził w oczekiwaniu na wieczorne spotkanie z Mateuszem.
                — A ty, Patryk?
                — Noooo — mruknął wysoki, szczupły mężczyzna o długich, falowanych włosach, drapiąc się po bujnej brodzie. — W sumie mogę.
                — No i fajnie! — Adrian klepnął dłońmi o stolik. — Wiedziałem, że się z wami dogadam.

***


                Praca na stanowisku asystenta menadżera brzmiała na dość ciężką, ale w rzeczywistości nie była zbyt wymagająca. Dostał ją dzięki swojemu koledze ze studiów — Kacprowi, bo w końcu doświadczenia nie miał zbyt wiele, więc nigdzie by go ot tak nie przyjęli. Właściwie jedyne co robił to kawę, a czasem jakieś ksero dokumentów czy drobne tłumaczenia, bo jego przełożony był dla niego wyjątkowo miły i chciał, żeby Julek się czegoś nauczył, co mogłoby mu pomóc w przyszłości. 
                Przełożony ten sprawiał, że Julian miał ochotę przesiadywać w pracy po godzinach. Nazywał się Adam Nawrocki i był bardzo przystojnym dwudziestoośmiolatkiem, który traktował go jak równemu sobie. Od razu zaznaczył, że mają przejść na „ty”, a jeśli już Julek miał robić kawę, to także dla siebie. Szymczak polubił go po pierwszym dniu, bo Adam nie był zbyt rozmownym typem człowieka — tak samo jak on. Siedzieli razem w biurze Nawrockiego, który bardzo skupiał się na pracy. Julian zdążył już zapamiętać sposób, w jaki mężczyzna śmiesznie marszczy czoło, gdy zastanawia się nad jakimś problemem, patrząc w ekran laptopa. Czuł się przy nim dziwnie spokojny i zrelaksowany, a łagodny ton głosu Adama przyprawiał go o łaskotanie w brzuchu.
                Przyjrzał się jego męskiej, kwadratowej szczęce, pełnych ustach i prostemu nosowi. Chyba nigdy nie widział tak idealnej twarzy — Nawrocki nie miał nawet jednego piega, czego Julian niesamowicie mu zazdrościł, bo on posiadał ich naprawdę wiele. I to wszędzie: na policzkach, na nosie, na uszach, na ramionach… I, szczerze mówiąc, niezbyt je lubił. Jego matka też była piegowata — i może to był powód jego niechęci do tych małych kropek.
                Adam przeczesał swoje krótkie blond włosy i westchnął, po czym upił łyk kawy. Spojrzał na Juliana i uśmiechnął się lekko, widząc, jak chłopak mu się przygląda.
                — Muszę wyglądać koszmarnie — zaśmiał się i podparł brodę na dłoni.
                — Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie — odpowiedział Julek nonszalancko. — Choć twoje podkrążone oczy nieco psują mi widok.
                — Cóż — mruknął Adam, łapiąc się za nasadę nosa. — Źle sypiam ostatnio.
                — Coś o tym wiem — dodał Szymczak od siebie i wrócił do tłumaczenia krótkiego artykułu. Nawrocki również zabrał się za robotę, bo robiło się już późno, a jemu marzyło się ciepłe łóżko i długi sen.
                Dobrze im się tak pracowało razem. Adam nawet nie odczuwał tej różnicy wieku, jaka między nimi była — uważał Juliana za naprawdę ciekawy okaz. Był zupełnie inny niż jego rówieśnicy, a wiedział to, bo miał dwudziestoletniego brata, któremu w głowie były jedynie imprezki i głupie zabawy. Znał też wielu jego kolegów, których miał za zwykłą bandę gówniarzy.
                Nie, żeby siebie uważał za jakiegoś staruszka — w końcu dwadzieścia osiem lat to wcale nie tak dużo. Miał jeszcze całe życie przed sobą, co często powtarzał. Jednak ostatnimi czasy to „życie” ograniczało się jedynie do pracy, którą był już naprawdę zmęczony.
                — Co robisz jutro? — spytał swoim spokojnym, wibrującym głosem, a Julek nie dał po sobie poznać, że jakkolwiek go to ruszyło. W rzeczywistości jednak poczuł dreszcz idący mu po kręgosłupie.
                — Zapewne nic ciekawego — odpowiedział zgodnie z prawdą, segregując papiery. — Mam kilka książek do skończenia.
                — Och, moim zdaniem czytanie to zdecydowanie coś ciekawego. — Adam uśmiechnął się i zamknął laptopa. — Co konkretnie?
                — Obecnie Wyprawę czarownic Terry’ego Pratchetta. Dość ciężko mi przebrnąć, w połowie zrobiło się trochę nudno. — Uniósł kącik ust do góry, bo akurat o książkach mógłby rozmawiać godzinami.
                — Serio? Hm, ja tam dobrze wspominam tę część. Choć przestałem przez nią lubić dynie.
                Julek parsknął śmiechem i powoli wstał z krzesła.
                — Co powiedziałbyś na kawę? — zapytał Adam, odchylając się na fotelu obrotowym i przyglądał się młodszemu mężczyźnie z zaciekawieniem.
                — Że jutro? — Nawrocki kiwnął głową. — Chętnie, o ile znasz jakieś kameralne miejsce. Nie lubię tłoku.
                — Owszem, znam — powiedział tajemniczo. — Spodoba ci się, tak myślę.
                Julian odchrząknął, próbując ukryć zakłopotanie. Cholera, coś było nie tak z tym facetem. Przecież znali się raptem kilka dni, a on miał wrażenie, jakby to była wieczność. Poczuł przyjemne ciepło rozlewające się po jego ciele i stwierdził, że nigdy wcześniej się tak dziwnie nie zachowywał. Przy Jacku nie czuł czegoś takiego — owszem, całkiem miło spędzało mu się czas z Nogalskim (kiedy nie gadał za dużo, nie marudził o wyjścia do klubu i nie był irytujący), ale nic więcej. Nie czuł żadnego napięcia przed spotkaniem, nie ekscytował się jego obecnością, nie miał tak, że chciał znać go bardziej i bardziej. Z Adamem było inaczej — Julek naprawdę miał ochotę spędzić z nim jak najwięcej czasu i poznać każdy szczegół jego życia.
                — Cholera, późno jest — mruknął Adam, spoglądając na zegarek na nadgarstku. Drogi zegarek, co Julek już zdążył zaobserwować. — Odwiozę cię.
                — Nie mam dziesięciu lat, poradzę sobie — odpowiedział, zadzierając nos, na co Nawrocki uśmiechnął się kątem ust. Lubił upór tego dzieciaka, kręciło go to niesamowicie, ale starał się zachować dystans.
                — Nie wątpię — mruknął i złapał za swój płaszcz. — Ale jestem za ciebie odpowiedzialny. Masz mi asystować w drodze do domu — dodał wesoło, a Julek uniósł jedną brew i przerwał zakładanie szala.
                — Wliczysz mi to w nadgodziny? — spytał po chwili, kiedy już wyszli z biura. Adam zaśmiał się cicho i pokręcił głową z niedowierzaniem.
                — Prawdziwy biznesmen — parsknął i już unosił rękę, chcąc dotknąć włosów Julka, ale w ostatniej chwili powstrzymał się i poprawił torbę od laptopa na ramieniu. Cholera, chłopak przyciągał go jak magnes i Adam miał wrażenie, że naprawdę powoli traci rozum.
                Kiedy Julek zobaczył perłowobiałego nissana qashqaia, nie mógł się powstrzymać przed gwizdnięciem. Strasznie podobały mu się te auta i nigdy nie przypuszczał, że będzie mu dane się takim przejechać. Wsiadł na miejsce pasażera i rozejrzał się po wnętrzu — podgrzewane, wygodne fotele, panoramiczny dach… Był tak zachwycony, że nie mógł dojrzeć pełnego zadowolenia uśmiechu Adama, który przyglądał mu się od jakiejś chwili.
                — Fajny, co? — Usłyszał Julek w końcu i odzyskał rezon. Spojrzał na Nawrockiego i prychnął, niedbale poprawiając szal.
                — Widziałem ładniejsze, ale tak, całkiem, całkiem — odpowiedział, nie chcąc niczego po sobie pokazywać. W końcu taki właśnie był — oschły i złośliwy, prawda? Ale przy tym facecie…
                — To gdzie jedziemy? — spytał wesoło Adam, odpalając auto. Julek podał mu adres i zanim ruszyli, Nawrocki włączył muzykę.
                — „Cold War Kids - Love is mystical”, znasz? — spytał Nawrocki. — Uwielbiam ich. Ten utwór jest z początku lutego, więc całkiem nowy.
                — Pewnie, że znam — prychnął Julian. No bo faktycznie, znał. I lubił nawet, dlatego w głębi duszy ucieszył się, że mają z Adamem aż tak podobne gusta.
                Muzyka wypełniała wnętrze Nissana, a mężczyźni całkowicie się w niej zatracili, nie rozmawiając już do końca trasy.
                Kiedy dojechali pod zamknięte osiedle, Julek poczuł rozczarowanie, bo czuł się, jakby przyjechali tu w kilka sekund, mimo że tak naprawdę trwało to dobre dziesięć minut. Chciał jechać gdzieś dalej, z dobrą muzyką w tle i Adamem z boku, milczącym i uśmiechającym się lekko. Z Adamem stukającym palcami o kierownicę, machającym głową do rytmu, pachnącym najlepszymi perfumami…
                — To tutaj, tak? — spytał Nawrocki i zatrzymał się na rondku przed blokami, gdzie były zaparkowane auta. — Daleko masz stąd?
                — Nie, to tamte drzwi, trafię. Jak mówiłem, nie mam dziesięciu lat — odpowiedział i odpiął pas, ale zanim wysiadł, zawahał się.
                — Co jest? — zaciekawił się Adam, a Julek tylko wymruczał coś cicho pod nosem. — Wiesz, jeśli chcesz, żeby cię ludzie zrozumieli, to musisz mówić głośniej — dodał, uśmiechając się nieco złośliwie.
                — Dzięki — burknął Julian. — Do jutra.
                — Do jutra — odpowiedział Adam, a kiedy tylko chłopak wysiadł z jego auta, uśmiechnął się szeroko i oparł głowę o kierownicę. Czuł się tak podekscytowany, jakby znowu miał szesnaście lat i szedł na pierwszą randkę.
                Długo jednak nie mógł tak stać na środku ulicy, więc zmienił bieg i odjechał z osiedla.

                Julek spojrzał na Jacka stojącego przed drzwiami i zdziwił się nieco, ale postanowił nic po sobie nie pokazywać. Chłopak patrzył na niego lekko rozczarowany, jakby smutny? Julian nie bardzo potrafił rozszyfrować jego wzrok, ale poczuł się nawet trochę winny. Ale tylko trochę.
                — Hej — powiedział w końcu Julek. — Co tu robisz o tej porze?
                — Wychodzę — odparł Jacek. — Mówiłem przecież, że się umówiłem na picie. Co to był za koleś? — spytał oskarżycielsko, a Szymczak westchnął i wzruszył ramionami.
                — Mój przełożony. Odwiózł mnie.
                — Aha.
                Patrzyli tak na siebie, nie bardzo wiedząc, co dalej. Dystans między nimi powiększał się z dnia na dzień, stawali się sobie coraz bardziej obcy i raczej nic nie mogło tego zmienić. Już było za późno.
                — Idę, zmęczony jestem…
                — Ja też, mam tramwaj zaraz.
                — Pa.
                — Cześć.
                Julek złapał za klamkę i zawahał się. Myślał przez chwilę, że powinien Jacka chociaż pocałować w policzek, przytulić go, zrobić cokolwiek. Tak jak robiły normalne pary na powitanie, pożegnanie… Ale nie potrafił.
                Zresztą Nogalski już poszedł w swoją stronę, a Julian nie miał zamiaru za nim biec jak jakiś kretyn. Szarpnął za klamkę i, poirytowany, ruszył do mieszkania.
                Zaczęła się w nim budzić cała gama uczuć, których nie rozumiał. I nawet nie chciał ich rozumieć. Jedyne co teraz chciał, to iść spać i przestać przejmować się bzdurami.

***

                Jacek szedł szybkim krokiem, chcąc jak najszybciej znaleźć się w ciepłym tramwaju. Było już po dwudziestej drugiej, a pogoda nie zachęcała raczej do wyjścia z domu — było zimno i wiało tak cholernie mocno, że Jacek miał wrażenie, że zaraz odleci albo co najmniej się przewróci. Przytrzymał kaptur, żeby mu się nie zsunął z głowy i miał ochotę biec, żeby jakoś rozładować całe to poirytowanie, które go złapało, gdy zobaczył Julka wysiadającego z jakiegoś cholernie drogiego auta. Myślał, że jest mu już wszystko jedno. Ale jednak, zakuło. Był zazdrosny.
                Jacek wiedział, że nie jest najlepszym facetem na świecie. Nie dbał za bardzo ani o siebie ani o nic wokół, ale cholera, przecież się troszczył. Julek zawsze przychodził do jego domu zdenerwowany, a wychodził już trochę spokojniejszy. W sumie Jacek nie wiedział, czy to jego zasługa, czy może jego matki, która naprawdę Julka polubiła.  Teraz codziennie dzwoniła i wypytywała, co tam u „Julusia” i u nich ogólnie. No więc Jacek kłamał, że wszystko w porządku, że urwanie głowy na uczelni, że Julek znalazł pracę i takie pierdoły. A co miał niby mówić? Tak było łatwiej, póki co.
                Kiedy stanął na przystanku i zaczął wyjmować słuchawki z torby, usłyszał rozmowę pary stojącej obok niego.
                — Ale ty głupiutka jesteś — zaśmiał się jakiś chłopak. — Kocham cię, mała.
                — Sam jesteś! — prychnęła dziewczyna. — Ja ciebie też kocham, wredoto…
                Stał tak z zaplątanymi słuchawkami w dłoniach i wgapiał się przed siebie, a wiatr rozrzucał jego loki jak szalony. Czemu był tak ślepy? Czemu wcześniej o tym nie pomyślał? Julek nigdy, nigdy mu na te słowa nie odpowiedział. Nigdy nie powiedział „kocham cię”. Tylko uśmiechał się lekko albo kiwał głową. Jacek uzmysłowił sobie, że to wcale nie była kwestia charakteru Julka i jego problemów z opisywaniem uczuć.
                Uśmiechnął się smutno i wsiadł do tramwaju. Był głupim, zaślepionym nastolatkiem.
                Chyba przyszła pora, aby dorosnąć.




czwartek, 16 marca 2017

"Przy Tobie" Rozdział 4

                Pisanie idzie mi dość szybko ostatnimi czasy, dlatego chciałabym już wstawić kolejny rozdział. : ) Niestety jest niebetowany.
                I tu pojawia się moje pytanie — czy byłaby jakaś chętna dusza na zostanie moją Betą? Zapraszam, mam ciastka! :v
Swoją drogą, nie mogę jakoś wyjustować tekstu. Za każdym razem gdy to zrobię, wszystkie akapity strasznie się rozjeżdżają i niesamowicie mnie to dręczy... :'C
                Nie przedłużając, zapraszam serdecznie!
               




Rozdział 4

                Jacek nigdy nie był zbyt dobry z fizyki, dlatego jednym z jego noworocznych postanowień było przyłożenie się do tego przedmiotu. I szło mu to „przykładanie się” nawet całkiem nieźle, ale akurat teraz, cholera, nie mógł się skupić. Siedział na tym wykładzie i słyszał co piąte słowo prowadzącego, bo jak bardzo by nie chciał zagłębić się w tajemnice elektromagnetyzmu, tak przeszkadzały mu w tym myśli o Mateuszu. O Mateuszu, który siedział obok i cały czas trząsł lewą nogą, przygryzał długopis i wszystkimi siłami próbował nie usnąć.
                Jacek odgarnął loki z czoła i podparł podbródek na pięści. Nie do końca był pewny, czy stuprocentowo rozumie Matiego, dlatego postanowił wszystko po kolei przeanalizować.
                 No dobra, więc wiedział już, że nie przeszkadzały Mateuszowi związki homoseksualne. Nie denerwował go fakt, że Jacek jest gejem. Denerwowało go, że Jacek kogoś ma. Zatem zostało tylko jedno, jedyne wytłumaczenie jego zachowania.
                Mateusz coś do Jacka czuł.
                Nogalski położył głowę na blacie i westchnął. Zdecydowanie nie podobała mu się ta sytuacja, bo wszystko stawało się powoli trochę zbyt skomplikowane. Nie miał ochoty siedzieć w jakimś miłosnym trójkącie. Ale nie chciał też stracić Mateusza, bo naprawdę było mu przy nim dobrze.
                Sprawę zdecydowanie komplikowało też zachowanie Julka. Raz był oschły i miał Jacka w dupie, a potem nagle przepraszał i zmieniał się w chłopaka do rany przyłóż. To powodowało u Nogalskiego emocjonalną karuzelę. Bo przez ostatnie miesiące myślał, że się po prostu wypalili, że to rutyna, przyzwyczajenie; że nie ma już między nimi nic więcej. A jednak kiedy Julian miło go zaskoczył i znowu był normalny, a nie zgrywał wrednego księcia lodu, cały żar wrócił. Przynajmniej ze strony Jacka.
                Cholera. Nie chciał zranić Matiego.
                — Psst — usłyszał Jacek przy swoim uchu. Zrobiło mu się cieplej, a przez ciało przeszedł elektryzujący dreszcz. Gwałtownie poderwał głowę z blatu i spojrzał na Mateusza ze zdziwieniem.
                — Co — zapytał, wpatrując się w duże, niebieskie oczy, w których pojawiły się radosne iskierki.
                — Spałeś? — odpowiedział Mati wesoło, przygryzając długopis.
                — Nie.
                — Kłamiesz.
                — Odczep się.
                — Nie — przedrzeźnił Jacka Mateusz, po czym poczochrał jego blond loki.
                — Muszę je ściąć — burknął Nogalski, poprawiając fryzurę, na co jego przyjaciel zrobił przerażoną minę i położył mu rękę na ramieniu.
                — Nie ośmielisz się!
                Rozmawiali nieco zbyt głośno, co nie uszło uwadze studentom wokół, którzy zaczęli zerkać w ich stronę. Cóż, wykładowca mimo swojego wieku też jeszcze głuchy nie był, więc przerwał opowiadanie o polu elektromagnetycznym i spojrzał na mężczyzn karcąco.
                — Nazwiska! — zawołał i wziął kartkę do ręki.
                Na sali zapanowała cisza. W końcu Mateusz odchrząknął i od niechcenia rzucił:
                — Woźniak.
                — Nogalski… — dodał Jacek, zrezygnowany. Teraz będzie musiał przykładać się do fizyki jeszcze bardziej. Po prostu pięknie.
                Prowadzący zapisał ich nazwiska na kartce i popatrzył na nich. Chwilę zbierał myśli, a w końcu zaczął mówić.
                — Panowie, skoro tacy jesteście rozgadani, to na pewno jutro na ćwiczeniach z chęcią przyjdziecie do tablicy. Ostrzegam jednak, że za nieznajomość treści wykładu daję duży minus na kolokwiach. Właściwie za takie zachowanie powinienem was wyrzucić, ale jako że to pierwszy raz, tym razem odpuszczę. Zaznaczam jednak — chrząknął — że od następnych wykładów chciałbym panów widzieć z przodu. Tak?
                Jacek z Mateuszem zgodnie kiwnęli głową, na co prowadzący wrócił do swojej prezentacji i już się nimi nie przejmował.
                Nogalski spojrzał na Matiego ze zmrużonymi oczami w geście zirytowania, a ten tylko uśmiechnął się rozbrajająco i wrócił do przygryzania długopisu.
                Jacek westchnął i spojrzał na slajdy pojawiające się na białej tablicy.
                Uśmiechnął się pod nosem, mając w głowie obraz Mateusza sprzed chwili i otworzył zeszyt.
                Dalej nie mógł skupić się na fizyce.


***

                — Czemu mi nie powiedziałeś? — zapytał, kiedy wyszli z uczelni.
                Mateusz wzruszył ramionami.
                — Myślałem, że się domyślisz.
                — A ja myślałem, że jesteś homofobem — parsknął Jacek, odgarniając loki z czoła.
                — Myślenie najwyraźniej ci szkodzi — zaśmiał się Woźniak. — Sorry. Po prostu nie lubię o tym mówić…
                — A co w tym złego? — oburzył się Nogalski, patrząc na kumpla. — Przejmujesz się tym co inni gadają?
                — Wiesz — zaczął Mateusz i usiadł na murku. — Zawsze dbałem o reputację. Byłem dość popularny w gimnazjum, liceum… Miałem nawet kilka lasek — westchnął. — Moi znajomi byli mocno konserwatywni, nie wspominając o moich rodzicach. Nikt o tym nie wie.
                — Oprócz mnie.
                — Oprócz ciebie. — Mati uśmiechnął się ciepło. — Cieszę się.
                — To ten… — Jacek odchrząknął i usiadł obok przyjaciela. — Czyli nigdy nie miałeś faceta?
                — Miałem — mruknął. — Kilku. Ale w tajemnicy i zawsze na chwilę.
                Umilkli na dłuższy czas. Każdy zatopił się we własnych myślach.
                — Za ile autobus? — przerwał w końcu ciszę Jacek.
                — Właśnie jedzie.

***

                Jacek leżał na łóżku i czekał. Zerknął na zegarek — dochodziła już dwudziesta trzecia, a Julka dalej nie było. Już chciał do niego napisać albo zadzwonić, ale zaniechał tej czynności, słysząc szczęk zamka w drzwiach.
                Julian wszedł do mieszkania, rzucił torbę na podłogę i zaczął się rozbierać.
                — No, wreszcie — zawołał Jacek i usiadł. — Jak tam? Co w pracy? Nie miałeś kończyć nieco wcześniej?
                — Jeny — stęknął Julek. — Dopiero co wszedłem, jestem padnięty, daj mi spokój z tymi pytaniami — dodał i chwilę później zniknął za drzwiami łazienki.
                Cóż, czyli wszystko wróciło do normy, pomyślał Jacek.
                Prychnął i opadł bezwiednie na poduszki. Nie chciało mu się już nawet reagować na zachowanie Julka. Postanowił, że spróbuje to olać.
                Wziął telefon do ręki i zaczął bezmyślnie przeglądać tablicę na facebooku. Jego uwagę przykuła nowa wiadomość od Mateusza. Uśmiechnął się, kiedy przeczytał:
                „Do spania! Ale już!”
                Obrócił się na bok i odpisał:
                „Cokolwiek rozkażesz.”
                Z wyczekiwaniem wpatrywał się w trzy kropki na ekranie smartfona zwiastujące nadchodzącą wiadomość.
                „I rączki na kołdrę. Powoli, tak, żebym widział.”
                Jacka przeszedł dreszcz ekscytacji i poczuł, jak jego członek twardnieje. Uwielbiał pisać w taki sposób, a będąc z Julkiem raczej nie miał takiej sposobności, bo on nigdy nie był skory do sekstingu ani niczego podobnego. Jego wiadomości zawsze były krótkie, zwięzłe i na temat.
                Włożył dłoń w bokserki i zaczął stymulować erekcję. „Jedną mam pod. I co teraz?”, odpisał z szybko bijącym sercem.
                „Chętnie bym ci pomógł”, przeczytał i przyspieszył ruchy ręką, wyobrażając sobie nagiego Mateusza nad nim.
                Julian gwałtownie wyszedł z łazienki, na co Jacek złapał telefon obiema dłońmi jak poparzony i popatrzył na swojego partnera z lekkim przerażeniem.
                — A tobie co? — spytał Julek i uniósł jedną brew ku górze.
                — Nic — burknął Jacek. — Przestraszyłeś mnie po prostu.
                Mężczyzna wzruszył ramionami i położył się do łóżka, po czym odwrócił do Nogalskiego plecami.
                — Jutro pogadamy. Dobranoc.
                — Dobranoc — odpowiedział Jacek i poszedł do łazienki w celu dokończenia tego, co przed chwilą przerwał.
                „W trzymaniu rąk na pościeli oczywiście”, przeczytał od Mateusza i zaczął się znowu dotykać. Po chwili doszedł i usiadł na podłodze, lekko dysząc.
                Kiedy ochłonął, zaczął się zastanawiać nad tym, co on właśnie, do cholery, zrobił.
                Jeszcze chwilę temu był zły o zachowanie Julka, a niedługo po tym zwalił sobie konia, myśląc o przyjacielu.
                Zgodnie ze sobą stwierdził, że oszalał.

***

                Julian Szymczak nigdy nie wierzył w miłość.
                Małżeństwo jego rodziców było jedną wielką katastrofą — od kiedy tylko pamiętał, w domu były ciągłe awantury i kłótnie. Jako dziecko często chował się w swoim pokoju i zwyczajnie zasłaniał uszy, przełykając łzy, jednak z biegiem lat przyzwyczaił się do tego wszystkiego. Ale ta wiecznie patologiczna atmosfera w domu zostawiła spory uszczerbek na jego psychice.
                Nie wyobrażał sobie innego obrazu rodziny; nie był w stanie zrozumieć, jak ludzie żyją ze sobą. On nie potrzebował nikogo. Z samotnością był za pan brat.
                Jego matka była irytującą, wiecznie naburmuszoną i cały czas obrażoną kobietą. Nie czuł do niej nic poza chłodną obojętnością. Bo, właściwie, jak miał traktować kogoś, kto wiecznie obrzucał go błotem, miał pretensje o wszystko i nigdy nie był zadowolony? Co miał czuć do osoby, która nie zachowywała się jak matka, a jak zwykła tyranka?
                Potrafiła się zdenerwować nawet o niedomknięte drzwi do łazienki. Julek podejrzewał, że coś jest nie tak z jej głową, ale nie interesował się tym. Zamknął się za ścianą obojętności, zza której czasem wyciągał go ojciec. Biedny, zmęczony, styrany ojciec, któremu mimo zawalenia robotą udawało się jakoś znaleźć czas dla syna, by pomóc mu z lekcjami bądź wyjść pokopać piłkę.
                Cóż, jego matka oczywiście nie pracowała — z każdej roboty ją wywalali, bo zawsze się o coś awanturowała.
                Julek naprawdę nie miał pojęcia co kierowało jego ojcem, że ożenił się z taką osobą. I miał wrażenie, że to właśnie przez nią traktował wszystkie dziewczyny z rezerwą. Raczej za nimi nie przepadał — miał wrażenie, że wszystkie są takie same. Wredne, złośliwe, wywyższające się. Gardził większością kobiet, które spotkał na swojej drodze w życiu.
                Zresztą, gardził ludźmi w ogóle. Swoim ojcem, który zamiast wziąć dupę w troki i spieprzyć od tej histeryczki jak najdalej, ciągle znosił jej zachowanie — trochę też. Chętnie miałby to wszystko gdzieś, ale niestety znajdował się w centrum wydarzeń i przez tatę sam musiał użerać się z matką.
                W szkole zawsze trzymał się raczej na uboczu, choć był popularny dzięki swojemu wyglądowi oraz „tajemniczości”, jak zdołał usłyszeć od plotkujących o nim dziewczyn. Głównie to one się nim interesowały, ale był jeden chłopak, który wiecznie zabiegał o jego uwagę.
                Jacek Nogalski.
                Jacek strasznie go irytował, bo nie rozumiał słowa „nie”. Mimo że Julian był dla niego oschły, ten ciągle próbował do niego zagadywać, siadał obok niego i gadał o bzdurach. Szymczak nie widział w tym najmniejszego sensu i podziwiał Nogalskiego za wytrwałość oraz cierpliwość, bo nie traktował go raczej zbyt przyjaźnie — wręcz przeciwnie.
                I wtedy Julian uświadomił sobie coś, co spowodowało u niego dziwny ścisk w żołądku.
                Zachowywał się prawie tak samo jak matka.  
                To zdecydowanie mu się nie podobało — chciał być od niej lepszy, nie miał zamiaru poddać się tym spaczonym genom, które po niej odziedziczył.
                Więc dał Jackowi szansę na zaprzyjaźnienie się z nim, zaznaczając, że nie lubi natrętności.
                I coś się w tym jego szarym, samotnym życiu zmieniło. Nie wegetował już w swoim pokoju, czekając z utęsknieniem na skończenie dnia i próbując olać krzyki zza ściany. Więcej czasu spędzał u Jacka, który żył w dwupokojowym mieszkaniu ze swoją matką. Ale jego matka była absolutnie inna od tej julkowej — Szymczak poczuł do niej coś w rodzaju sympatii. Kobieta traktowała go jak własnego syna: martwiła się, dokarmiała słodyczami, żartowała z nim i miło gawędziła, nieraz częstowała herbatą czy obiadem. Naprawdę ją polubił.
                Później Jacek wyjawił mu dość szokujący fakt o sobie — był gejem. Cholera, Julek na początku miał ochotę mu przywalić, sam nie wiedział za co. Za to, że dowiedział się tak późno? Za to, że miał wrażenie, że Nogalskiemu chodziło tylko o dobranie się do niego, a nie o zwykłą przyjaźń?
                Ale ta informacja zdecydowanie ułatwiła mu zrozumienie prawdy o samym sobie. Ułatwiła mu akceptację. Bo przez wszystkie lata dojrzewania cholernie bał się przyznać sam przed sobą do tego, co go kręci.
                Był zdrowym, dorastającym chłopakiem, więc często musiał sobie ulżyć — i robił to, myśląc o jakimś aktorze albo nawet koledze ze szkoły. Podniecali go faceci. Ale nie widział tu miejsca na jakiekolwiek uczucia, bo nigdy nie wytrzymał z nikim dłużej niż godzinę. Każdy go po pewnym czasie denerwował, więc nie utrzymywał z ludźmi ze szkoły stałych kontaktów.
                Z Jackiem jednak było nieco inaczej, głównie przez jego upór. No i Nogalski był jedynym jawnym gejem, którego Julian znał, więc nie musiał się bawić w jakieś durne podchody.
                Często łapał Jacka na tym, jak mu się przygląda. Ale długo między nimi niczego nie było, aż do pewnej nocy, gdy leżeli pijani w jackowym łóżku i zaczęli się dotykać, chcąc zaspokoić nastoletnie pożądanie i ciekawość.
                A później jakoś tak zostało. Julek się przyzwyczaił. To była miła odmiana, tak przyjść do Jacka i zwyczajnie posiedzieć w ciszy, albo przy herbacie z jego miłą mamą opowiadającą anegdotki. Przyjemnie było usłyszeć „Och, Juluś! Co u ciebie?” zamiast „Ty cholerny gówniarzu, kiedyś cię wypieprzę z mieszkania!”.
                Wszystko było lepsze od słuchania krzyków i rozbijanych talerzy w kuchni obok julkowego pokoju.
                Kiedy Jacek zaproponował mu wspólne zamieszkanie w Poznaniu i pójście tam na uczelnię, zgodził się niemalże bez wahania. Chciał studiować anglistykę, a o poznańskim uniwersytecie i wydziale, gdzie znajdował się ten kierunek, naczytał się wielu dobrych opinii.
                Wizja własnego kąta z dala od rodziców bardzo mu się podobała. Musiał tylko porozmawiać z ojcem o kwestiach finansowych, ale ten nie robił wielkich problemów. Wiedział, że Julek nie chce słuchać wiecznych kłótni jego i małżonki, więc przystał na decyzję syna. Właściwie zrobił to tylko dlatego, że udało mu się znaleźć lepiej płatną pracę — ale i również bardziej wymagającą.
                Kiedy się wyprowadzał, jego matka siłą chciała wciągnąć go do pokoju i wybić mu ten pomysł z głowy. Groziła, że nie dostanie złamanego grosza. Że wyklnie go i zostawi samemu sobie, że nie będzie miał gdzie wracać.
                Nie odezwał się do niej wtedy ani słowem, choć wiele myśli krążyło mu po głowie. Tyle chciał jej nawrzucać, tyle powiedzieć. Ale powstrzymał się. Wiedział, że do jej chorej głowy nic by nie dotarło.
                Cóż. Julek nie wierzył w miłość. Nie wiedział właściwie jakie to uczucie. Pożądanie było mu bardzo znane, ale miłość?
                Zastanawiał się nad tym wiele razy. Czy to, że wytrzymuje z Jackiem kilka godzin, oznacza, że go kocha? Czy to, że go całuje, coś znaczy? Czy mógłby całować kogoś innego tak samo?
                Nie wiedział. Nie chciał się nad tym zastanawiać. Przyzwyczaił się, że było jak było.
                W końcu dogadywali się całkiem nieźle.

                Przynajmniej do czasu. 

sobota, 11 marca 2017

"Przy tobie" Rozdział 3

               Z lekkim opóźnieniem, bo uczelnia nie pozwala mi teraz na zajęcie się tym, czym bym chciała, wrzucam 3 rozdział. :) Bardzo dziękuję wszystkim za komentarze pod rozdziałem drugim, cieszę się, że ktoś czyta i chce wyrazić swoją opinię!
               Jestem również otwarta na wszelką krytykę, bo w końcu to też uczy. :)
               Betowała Dream, której bardzo dziękuję za poświęcony czas. <3 


Rozdział 3

                Pożegnał się z Mateuszem i wysiadł z autobusu, jednocześnie szukając w torbie telefonu, który brzęczał od jakiejś chwili. Kiedy w końcu go znalazł, spojrzał na wyświetlacz i ucieszył się, widząc kto dzwoni.
                — Hej, mamo! — zawołał wesoło. — Taak, tak, już po zajęciach, właśnie wracam do domu. Z Julkiem? A nic, w porządku — skłamał i odgarnął loki z czoła. — A u ciebie?
                Jacek kochał swoją mamę jak nikogo na świecie, bo od małego miał tylko ją. O ojcu nic nie wiedział, poza tym, że ich porzucił i wyjechał gdzieś za granicę gdy Jacek miał dwa lata. Często zastanawiał się nad tym, czy jego homoseksualizm wynikał z braku „męskiej ręki” w rodzinie, ale stwierdził, że nie ma sensu o tym myśleć. Był po prostu kim był i już dawno przestał się tym przejmować, tym bardziej, że jego matka zaakceptowała to od razu. W końcu był jej najukochańszym synkiem.
                — Dobra, wiesz co, ja muszę kończyć, bo już jestem w klatce — powiedział, wchodząc do bloku. — No pa, też cię kocham!
                Wrzucił telefon do torby i otworzył drzwi do mieszkania. Do jego nozdrzy dotarł przyjemny zapach przypraw i smażonego mięsa.
                Rozebrał się szybko i wszedł do pokoju, a to, co zobaczył, wywołało na jego twarzy szczery, szeroki uśmiech.
                — Mamy jakieś święto? — zapytał podejrzliwie, przyglądając się Julianowi, który stawiał talerze ze smacznie wyglądającym spaghetti na stół.
                — Hm, powiedzmy — odpowiedział Julek i podszedł do Jacka. — Przepraszam za wczoraj. I za wcześniej. Wiem, że jestem wrednym i nieczułym dupkiem — westchnął i przytulił partnera do swojej klatki piersiowej, wywołując u niego niemałe zdziwienie. — Ale taki właśnie jestem. Ostrzegałem cię — dodał, uśmiechając się lekko.
                Jacek zadarł głowę do góry i nie bardzo wiedział co powiedzieć. Spodziewał się raczej tego, że wróci do domu i albo Juliana jeszcze nie będzie, albo po prostu partner go oleje na rzecz „ważniejszych” spraw. Spodziewał się w sumie samych najgorszych scenariuszy, dlatego bardzo miło się zaskoczył, bo nie dość, że Julek zrobił jego ulubione danie, to jeszcze go przytulił i przeprosił!
                — Halo, ziemia do Jacka — mruknął Julian, pstrykając Nogalskiemu przed oczami. — Coś nie tak?
                Jacek nic nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się szeroko, a chwilę później już obejmował szyję swojego chłopaka i mocno go całował w ramach wdzięczności.
                Julian po pewnym czasie próbował odsunąć od siebie Jacka, mówiąc, że obiad zaraz wystygnie i że chciałby porozmawiać. Ten niechętnie go puścił, ale burczenie w brzuchu zdecydowanie przeszkadzało mu w myśleniu, więc zgodził się i szybko usiadł przy stole. Od razu zabrał się za pyszny makaron z sosem i mielonym mięsem, pakując sobie dużą ilość jedzenia do ust. Nie było to nie wiadomo jak wykwintne czy trudne do zrobienia danie, ale Jacek strasznie je lubił.
                — Znalazłem pracę — powiedział Julian, nabijając kawałek makaronu na widelec. Jacek spojrzał na niego i wyglądał, jakby chciał coś z siebie wydusić, ale mężczyzna przerwał mu. —Najpierw przegryź, potem mów.
                Kiedy Jacek w końcu przełknął wszystko co miał w buzi, spojrzał na Julka z zaciekawieniem.
                — Serio? Nic nie mówiłeś, że w ogóle szukasz… Kiedy byłeś na rozmowie?
                — Parę dni temu — odpowiedział Julian leniwie, wkładając sobie makaron do ust. Jacek skupił się na jego ruchach i poczuł ucisk w brzuchu. Cholera, jaki on był seksowny. Wszystko wykonywał z taką gracją, powoli, dokładnie… — Nie chciałem zapeszać.
                Jacek oblizał usta i spojrzał na partnera z narastającym pożądaniem. Tak dawno nie byli w łóżku, że powoli zaczynał tracić rozum i jedyne co chciał zrobić, to rzucić się na Juliana i rozerwać jego przylegającą do ciała koszulkę, całować go po policzkach pokrytych piegami, przycisnąć swojego penisa do jego krocza…
                — Zamiast pożerać mnie wzrokiem, może zająłbyś się obiadem, który dla ciebie zrobiłem? Wiesz, zerwałem się wcześniej z uczelni — odpowiedział Julian, unosząc kącik ust do góry, co na Jacka zadziałało momentalnie.
                — W dupie z tym obiadem — wychrypiał Jacek i usiadł na mężczyźnie okrakiem, złapał go za włosy i przyciągnął do namiętnego pocałunku. Chciał go już, teraz, jak najszybciej, ale Julian musiał się z nim droczyć i wszystko spowalniać. 
                Przeniósł usta na bladą, długą szyję Julka i przyssał się do niej. Z ust mężczyzny wydobyło się ciche, satysfakcjonujące Jacka westchnięcie, którego tak dawno już nie słyszał. Zaczął masować erekcję partnera przez spodnie, na co Julian wstał z krzesła, oplótł nogi Jacka wokół swoich bioder i chwilę później wylądowali już na łóżku, nie odrywając od siebie ust.
                — Chyba telefon ci brzęczy — powiedział Julian, rozpinając Jackowi rozporek, a ten wzruszył tylko ramionami i wsunął dłoń w krótkie włosy chłopaka.
                — Nie zmieniaj tematu — zażartował Jacek, ciągnąc brązowe kosmyki. — Cholera, rozbierzesz mnie kiedyś? — jęknął, patrząc jak Julian całuje go po brzuchu.
                — Twoje zniecierpliwienie niesamowicie mnie bawi — wychrypiał. — Ale skoro nalegasz… — dodał i zdjął chłopakowi bokserki, a kiedy polizał główkę twardego członka, Jacek odchylił głowę do tyłu i już nic innego go nie obchodziło.
                A telefon brzęczał w najlepsze.

***

                — Nie sprawdzisz kto dzwonił? Może coś ważnego, skoro tyle razy…
                — No dobra — mruknął Jacek, niechętnie wychodząc z objęć chłopaka. Brakowało mu tego ciepła i takich głupich, zwykłych czułości, że naprawdę nie chciał ich przerywać. Ale Julian miał rację, może dzwoniła mama i coś się stało?
                Na tę myśl Jacek czym prędzej wstał i sięgnął po telefon. Spojrzał na wyświetlacz i zmarszczył brwi, po czym wrócił na łóżko i wybrał numer.
                — To Mati — powiedział, widząc pytającą minę Julka.
                — Ach, ten pajac — prychnął. — Dalej się z nim trzymasz? Przecież cię olał.
                — To było dobre kilka miesięcy temu, wiesz? Jesteś pewny że ty mnie w ogóle czasem słuchasz? — burknął, a Julian wzruszył ramionami. W końcu Jacek usłyszał po drugiej stronie słuchawki głos kumpla.
                — No w końcu, Placek! Coś ty, umarł?
                — Skoro z tobą gadam, to chyba nie — zaśmiał się Nogalski i uniósł brwi do góry, widząc podstępny uśmiech u swojego partnera. — Co tam?
                — A tak chciałem cię gdzieś zabrać, piwo czy coś… No ale już teraz to mi się nie chce dupy ruszać…
                — Mhm — mruknął Jacek i próbował odsunąć rękę Julka od swojego krocza. — Wiesz, byłem nieco… zajęty…
                — Spoko, czaję… Może jakoś w piątek, co?
                — Jasne! Cholera, Julek, przestań — rzucił ze śmiechem, kiedy mężczyzna zaczął go łaskotać. — Sorry Mati, noo, może być piątek!
                Przez chwilę po drugiej stronie słuchawki panowała cisza, po czym z ust Mateusza wydobyło się dość oschłe:
                — Ach, spoko. W sumie to nie wiem czy jednak będę mógł. Na razie.
                Jacek chciał coś powiedzieć, ale usłyszał piknięcie — znak, że połączenie zostało zakończone. Poczuł ucisk w brzuchu i zrobiło mu się nieco głupio, choć sam do końca nie wiedział dlaczego. Nie cierpiał takiego tonu głosu Mateusza. No i co za bezsens, najpierw go zaprasza, a potem nagle mówi, że jednak nie?
                — Idziemy pod prysznic? — zapytał, przytulając się do partnera.
                — Możemy. A co ci się tak nagle humor zmienił? — mruknął Julek, wstając z łóżka i sięgnął po czyste bokserki.
                Jacek tylko wzruszył ramionami i poszedł do łazienki, a Julian już nie kontynuował tematu, tylko ruszył za nim.

***

                Jacek nie bardzo rozumiał co siedziało w głowie planistki, która zawaliła im wtorek zajęciami od ósmej do osiemnastej, ale domyślał się, że pewnie niewiele. Nie miał pojęcia jak on to wytrzyma, bo nie miał czasu zrobić sobie nic do jedzenia, a bufet na jego wydziale był dość biedny. Jedyne co mógł tam kupić to zapiekanki, o których sprzedawczyni zawsze zapominała i dostawało się zwęglone od spodu, albo makaron z sosem z mikrofali. To już wolał chyba batonika z automatu.
                Zerkał nerwowo to na zegarek, to na ulicę, bo jego autobus się spóźniał. To było w Poznaniu dość częste zjawisko — autobusy i tramwaje często przyjeżdżały sporo po czasie albo nie pojawiały się w ogóle. Drugi wariant był dużo gorszy, bo czekało się te dwadzieścia minut z nadzieją, że może za chwilę się pojawi, a tu nic. I trzeba było biec na uczelnię, co raz się Jackowi zdarzyło. Spóźnił się wtedy na kolokwium z matematyki, ale na szczęście prowadzący go lubił, więc pozwolił mu je napisać.
                Kiedy ujrzał dziewięćdziesiątkę ósemkę w oddali, ucieszył się i przygotował legitymację, co by nie grzebać w torbie, kiedy już wejdzie do autobusu. Jego radość wyparowała, gdy pojazd podjechał na przystanek — był cały zawalony ludźmi.
                Jacek wcisnął się jakoś do środka i przyłożył legitymację do czytnika. Nawet nie próbował rozglądać się za Mateuszem, bo na pewno by go nie dojrzał w tym tłumie.
                Stał ściśnięty między jakimś grubym, starszym panem a wysoką kobietą i próbował się czegoś złapać, kiedy autobus ruszył. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że czekają go jedne z najcięższych czterech minut w życiu.
                Najgorsze chyba było to, że z każdym kolejnym przystankiem przybywało pasażerów, przez co Jacek coraz bardziej oddalał się od drzwi. Zastanawiał się, czy on w ogóle zdąży wysiąść, kiedy będzie musiał — poznaniacy nie bardzo lubili przeciskających się ludzi, a przynajmniej takie odniósł wrażenie przez te kilka miesięcy.
                Kiedy dojeżdżał do swojego przystanku docelowego, zaczął mówić „przepraszam”, by dojść do czytnika i drzwi. Na początku jakoś mu się udało, ale gdy nacisnął już guzik otwarcia drzwi, kilka dziewczyn stojących w przejściu nawet się nie ruszyło. 
                — Przepraszam, chciałbym wyjść — powiedział, ale nie zobaczył żadnej reakcji, dlatego postanowił po prostu przepchać się jak taran. Usłyszał pełne zirytowania „ała!”, ale nie przejął się, bo w końcu udało mu się wyskoczyć z autobusu. Nie miał czasu na jakieś idiotki, które nie potrafiły wyjść z pojazdu jak normalny człowiek, żeby kogoś wypuścić, a potem wrócić z powrotem.
                Takie błahostki strasznie podnosiły mu ciśnienie. A jeszcze bardziej zirytował się, patrząc na godzinę — zostało mu tylko kilka minut, a prowadzący od fizyki zdecydowanie nie lubił spóźnialskich.
                Jego rozmyślania nad wszystkimi rzeczami, które są denerwujące, przerwało szturchnięcie w ramię. Zdjął słuchawki i spojrzał w bok, po czym uśmiechnął się.
                — Mati! — zawołał.
                — Hej — powiedział Mateusz i odchrząknął, spoglądając przed siebie. — Widziałem cię na przystanku, ale nie miałem jak się dopchać na koniec.
                — Spoko! — Jacek zwinął słuchawki i schował je do torby. — W ogóle, o co ci wczoraj chodziło? Najpierw chcesz iść w piątek gdzieś, a potem nagle nie?
                Mateusz odwrócił głowę i milczał przez chwilę, po czym spojrzał na przyjaciela i uśmiechnął się lekko.
                — Nie, to nic. Możemy gdzieś iść.
                — Super, dawno nigdzie nie byliśmy — odpowiedział Jacek. — A Julek teraz znalazł pracę to pewnie i tak nie będzie miał czasu…
                — Taa, Julek — burknął Mateusz, poprawiając plecak.
                Jacek spojrzał na niego i westchnął, wyczuwając nagłą zmianę atmosfery.
                — Słuchaj — zaczął, odgarniając loki z czoła. — Jeśli nie chcesz słuchać o moim pedalskim związku, to po prostu powiedz. Przymknę się i postaram nic nie mówić na ten temat, ale uwierz mi, że nieco ciężko, bo ja z Julkiem, cholera, mieszkam. I z nim żyję, w związku. Czuję się jak normalny człowiek. Ale jeśli ci to przeszkadza, to może nie wiem, nie trzymaj się ze mną — dodał już ciszej, wkładając ręce do kieszeni.
                Mateusz przystanął i spojrzał na niego z uniesionymi brwiami.
                A po chwili zaczął się po prostu śmiać.
                — Co? — warknął Jacek, a Mati zaczął czochrać jego blond loki.
                — Więc ty myślisz… — mruknął, kręcąc głową. — Ech, Kaczek, głuptasie.
                — Że co?
                — Nic. Nie przeszkadza mi wasz związek — powiedział i ruszył dalej w stronę uczelni. — Przynajmniej nie w tym sensie — dodał już pod nosem.
                Jacek podbiegł do Mateusza i zaczął zasypywać go pytaniami, bo już kompletnie nie rozumiał o co chodzi temu człowiekowi.
                Poddał się, widząc, że kumpel ciągle się tylko głupio uśmiecha i wcale nie zamierza odpowiadać.
                No trudno, pomyślał Nogalski. Przynajmniej znowu było między nimi w porządku.