Witam
serdecznie każdego, kto zabłądził w jakiś sposób i znalazł się na moim skromnym
blogu! Nazywam się Ski.
Nigdy w
życiu nie planowałam takowego zakładać, ale za namową pewnej Dream, którą
raczej powinniście kojarzyć (jeśli nie, to zmieńcie to jak najszybciej!)
podjęłam ten krok. No i zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Piszę
od około 2012 roku, zaczynałam od fandomu „Naruto” i właściwie to siedzę w nim
do dzisiaj. Przez te wiele lat mój styl bardzo się zmienił, ale wciąż nie
jestem z niego zadowolona. Mam nadzieję, że będzie coraz lepiej, pracuję nad
tym.
Na tym
blogu skupię się na opowiadaniu, które zaczęłam jakiś czas temu i które będzie
się rozwijało bardzo powoli. FF z fandomu „Naruto” również chętnie będę tu
wrzucać, bo bardzo lubię je pisać i jestem ciekawa każdej opinii!
Nie
przedłużając za dużo, zapraszam na pierwszy rozdział „Przy tobie”. Betowała
oczywiście Dream. :)
Przy tobie
Rozdział 1
Jacek Nogalski jęknął przeciągle, wgapiając się w
ekran laptopa z niezadowoleniem.
— Cholera, ale mam plan do dupy... — westchnął,
spoglądając na swojego chłopaka leżącego na łóżku. — Prawie codziennie od rana
do wieczora. Całe życie tam spędzę! — dodał, jednak nie widząc żadnej reakcji,
zmarszczył brwi. — Julian, słuchasz ty mnie w ogóle?
— Ta. Plan, całe życie, coś tam — mruknął mężczyzna,
nie odrywając wzroku od czytanej książki.
— Mhm — burknął Jacek, odgarniając swoje blond loczki
z czoła. Przyglądał się jeszcze chwilę zajęciom i skrzywił, bo czuł, że to nie
będzie łatwy semestr. Praktycznie same laboratoria, pięć wykładów (co oznaczało
pięć egzaminów), a do tego ta cholerna pracownia fizyczna, której tak nie
cierpiał.
Niestety, jego partner nie za bardzo go wspierał —
ostatnimi czasy średnio się nim w ogóle przejmował. Właściwie, jak Jacek się
tak porządnie zastanowił, to nie dogadywali się już od dobrych kilku miesięcy.
Nawet nie był pewien, kiedy pojawiło się pierwsze „zamknij się”, „daj mi
spokój” czy „co mnie to obchodzi”.
Uśmiechnął się smutno. Nie pamiętał nawet, kiedy
ostatni raz Julian w ogóle go pocałował, tak sam z siebie, czy zainicjował w
ogóle jakąkolwiek formę czułości. Seks ostatni raz uprawiali dwa miesiące
wcześniej i to po imprezie, choć, zdaniem Jacka, nie było w nim żadnych uczuć.
Cóż, właściwie jedno — uczucie mdłości, kiedy jego żołądek próbował odrzucić niezdrowe
połączenie taniego wina, piwa i wódki.
— Idę pod prysznic — powiedział Jacek, ściągając
koszulkę. — Idziesz ze mną? — spróbował, mając nadzieję, że to wszystko co ich
spotyka to tylko jakaś cholerna rutyna, przyzwyczajenie. I stwierdził, że to on
właśnie musi zacząć coś z tym robić, bo jego partner nigdy nie był zbyt
wylewny.
— Nie, pójdę później. Chcę dokończyć rozdział —
odparł mu Julian, przeczesując palcami swoje krótkie, brązowe włosy.
— Skoro tak, to jak tam chcesz — odpowiedział,
uśmiechając się smutno i ruszył do łazienki.
Kiedy był już pod prysznicem, spojrzał w dół na swój
odstający brzuch. Przez złe odżywianie na studiach nieco mu się przytyło, z
czego nie był zadowolony, ale jakoś nigdy nie miał czasu by wziąć się za
siebie. Przyszło mu do głowy, że może to jest powód, dla którego Julian tak go
traktuje? Może przestał go po prostu pociągać?
Usiadł w brodziku i oparł się plecami o zimne
kafelki. Poczuł ścisk w klatce piersiowej — przecież Julian nigdy nie był z nim
tylko i wyłącznie dla seksu. W końcu Jacek zdecydowanie odstawał od
powszechnego kanonu piękna — był niski, miał predyspozycje do tycia, no i te
jego denerwujące, nieposkromione loki…
Byli ze sobą już trzy lata, wszystko zaczęło się w
liceum. Uśmiechnął się na samo wspomnienie tego, jak za Julianem latał, a ten
najpierw próbował go zbywać. Niestety Jacek był uparty i zawsze starał się za
wszystkich, więc mężczyzna jego marzeń w końcu dał mu szansę.
Później wszystko działo się tak szybko — matury, długie
wakacje, które spędzili pracując razem w kinie na kasach, aż w końcu wybór
studiów. Padło na Poznań, ponieważ obaj lubili to miasto. Julian twierdził, że
oferuje bardzo dobre warunki studentom, a i uczelnie są jednymi z najlepszych.
Jacka natomiast przyciągało typowo „studenckie” życie z dala od rodziny,
mnóstwo klubów, pubów, gdzie wiecznie coś się działo, a także to, że miał tu
sporo znajomych.
No więc zamieszkali razem. I o ile na początku było
sielankowo, tak ostatecznie wyszło na to, że nie potrafili się dogadać.
Jacek był roztrzepany, dużo marzył i niekoniecznie
lubił po sobie sprzątać. Poza tym był dość niezdarny i zbił już sporo naczyń, w
tym ulubiony kubek partnera. Z kolei Julian był jego absolutnym przeciwieństwem
— opanowany, porządny pedant-racjonalista. Nie potrafił znieść tego, że Jacek
obżerał się czipsami o północy i zostawiał w łóżku okruszki. Ba, żeby tylko w
łóżku — okruszki potem były wszędzie. Na podłodze, na stole, pod biurkiem…
Nie cierpiał tego, że nie ma chwili dla siebie w tej
małej kawalerce, którą wynajmowali, bo Jacek był wszędzie. Ciągle do niego
mówił, przytulał się, całował, ciągle chciał robić coś razem. A Julian, cóż, lubił
posiedzieć sobie w spokoju i poczytać, pomyśleć, pouczyć się.
Jacek wstał, bo przypomniał sobie, że jak tylko
wyjdzie, usłyszy mnóstwo zarzutów — na przykład, że marnuje za dużo wody i sam
będzie za to płacił.
Przebrał się w swoją ulubioną piżamę w mopsy i
wyszedł z łazienki, wycierając włosy w ręcznik.
— Mógłbyś tego nie robić na środku pokoju? — burknął
Julian, odkładając książkę na szafkę nocną.
— A bo co? — odpyskował Jacek, kładąc sobie ręcznik na
plecach.
— Bo, na przykład, woda kapie na panele. I wypadają
ci włosy. No chyba, że sam będziesz to sprzątał, ale przypomnę ci, że musisz
jeszcze wyczyścić odpływ w prysznicu i odkurzyć dywan…
— Skoro tak ci przeszkadza, to sam to zrób, do chuja!
— warknął, wlepiając wzrok w wysokiego mężczyznę stojącego przed nim. — Jesteś
jakiś popieprzony. Ciągle tylko narzekasz, że syf, że to, że tamto, a ja potem
muszę latać i wszystko czyścić, jebany książę… — wydusił ze złością, po czym usiadł
na łóżku i ukrył twarz w dłoniach. Sam nie wierzył, że powiedział to wszystko
na głos. W końcu wcześniej jego plan zakładał poprawienie sytuacji, a nie jej
pogorszenie. Jednak, cóż, miał tego narzekania szczerze dość.
— Ty nasyfiłeś — zaczął Julian oschłym tonem, patrząc
na Jacka z góry. — Ty sprzątasz. Taka była zasada numer jeden. Którą złamałeś
wielokrotnie. A teraz, wybacz, ale nie mam ochoty się z tobą kłócić — dodał i
zamknął się w łazience.
Jacek położył się na swojej stronie łóżka i odwrócił
do ściany, próbując zignorować ścisk w gardle i napływające do oczu łzy. Nie
był pewien, ile jeszcze jest w stanie znieść.
***
Denerwujące brzęczenie wybiło go z ciekawego snu,
którego zaraz po przebudzeniu już nie pamiętał. Mruknął coś niewyraźnie,
wyłączając budzik w telefonie i przetarł oczy. Druga połowa łóżka była pusta, a
w kawalerce panowała cisza nie do zniesienia.
Usiadł i, żeby zapełnić jakoś pustkę w mieszkaniu,
włączył muzykę. Padło na utwór Coldplay „We never change”.
Siedział tak chwilę, przyzwyczajając się do wczesnej
pory — zdecydowanie nie był rannym ptaszkiem. Wolał sobie pospać do dwunastej,
niż zrywać się na ósmą. Jednak jego plan wyglądał jak wyglądał i w poniedziałek
jako pierwsze miał laboratoria mikrokomputerowe, których nie mógł olać już na
starcie, nie wiedząc nawet, o co tam chodzi.
Zerknął na zegar wiszący na ścianie — dochodziła
ósma, więc miał jakieś czterdzieści minut, żeby się ogarnąć i dotrzeć na
autobus. Oczywiście, mógłby pójść pieszo, w końcu mieszkał zaraz obok kampusu,
ale po co, skoro mógł tam dojechać w cztery minuty, zamiast iść jakieś
piętnaście.
Większość jego znajomych uważała, że jest leniwy, sam
Jacek zaś, że po prostu czyni swoje życie o wiele łatwiejszym.
Kiedy już wyszedł z mieszkania, skrzywił się na widok
deszczu. Była końcówka lutego i ciągle było chłodno i brzydko, czego miał
dosyć, bo zdecydowanie wolał wiosnę. Założył kaptur na głowę i szybkim krokiem
ruszył na przystanek, który znajdował się niedaleko.
Długo nie musiał czekać na „dziewięćdziesiątkę
ósemkę”, która wiozła go pod sam wydział fizyki. Wszedł do pojazdu i przyłożył
swoją legitymację studencką do czytnika, płacąc w ten sposób za przejazd.
Na środku autobusu dojrzał swojego dobrego kumpla z
roku, więc czym prędzej zaczął się do niego przeciskać.
— Hej, Mati! — zawołał, unosząc rękę do góry i
machając mężczyźnie, który zdawał się go nie zauważać. Cóż, Jacek był trudny do
odnalezienia w tłumie. — Przepraszam, przepraszam… — mówił do ludzi, którzy
niechętnie przepuszczali go dalej. — Mateusz! — zawołał jeszcze raz,
szturchając kolegę w ramię.
— Jacku-placku! — ucieszył się i przytulił do siebie
niższego chłopaka. — Ha, nie widziałem cię — dodał, uśmiechając się szeroko.
— Nie dziwi mnie to — zaśmiał się Nogalski,
wyswobadzając się z objęć kumpla. — Co tam? Okropny ten plan, nie? — jęknął,
przykładając czoło do słupka, którego jednocześnie się trzymał.
— Taaa — mruknął Mateusz i westchnął ciężko. — A
myślałem, że będziemy mogli trochę więcej poimprezować!
— No nie?
Rozmawiali sobie wesoło do momentu, w którym nie
przyszedł czas na wyjście z autobusu. Jacek przyłożył legitymację do czytnika
ponownie, dzięki czemu system naliczył mu opłatę tylko za cztery przystanki,
zamiast za wszystkie. Wysiedli z pojazdu i ruszyli w stronę jednego z głównych
wejść do budynku — B, gdzie znajdowały się szatnie, bufet i kilka sal.
— Mam nadzieję, że będziemy w tych samych grupach! —
zawołał wesoło Mateusz, czochrając Jacka po włosach. — Wtedy będziemy mogli
robić wspólnie projekty.
— Ciekawe czemu chcesz robić projekty akurat ze mną,
co, cwaniaczku? — zapytał Jacek, patrząc na kolegę ze zmrużonymi oczami.
— A, bo wiesz, jesteś spoooko i takie taaam — mówił,
przeciągając samogłoski i machając teatralnie dłonią.
— Pewnie — prychnął Jacek. — Po prostu nic nie
ogarniasz.
— Nooo… — Mateusz zaczął marszczyć usta na różne
sposoby. — Może trochę!
Przed wejściem do budynku przywitali się z kilkoma
kumplami z roku, którzy akurat palili papierosy. Obaj nie lubili dymu, więc
szybko weszli do środka i zaczęli zdejmować z siebie kurtki.
Jacek przyjrzał się Mateuszowi i uśmiech wpłynął na
jego twarz mimowolnie. Lubił go. Mati jako jedyny zagadał do niego po
rozpoczęciu roku akademickiego, widząc, że Nogalski nie bardzo wiedział, jak
się odnaleźć wśród nowych ludzi.
No i musiał przyznać, że lubił też jego wygląd.
Mateusz miał czarne włosy sięgające mu okolic uszu — nie za długie, nie za
krótkie. Przede wszystkim proste i zawsze lśniące, czego Jacek niesamowicie mu
zazdrościł. Uroku dodawały mu jego niebieskie oczy, zawsze roześmiane i ciepłe.
Kwadratowa szczęka natomiast czyniła go bardzo męskim, tak samo jak lekki
zarost, który zawsze utrzymywał w porządku. Do tego był wysoki i umięśniony, bo
kochał sport i siłownię.
Tak. Mateusz zdecydowanie wygrał na loterii genowej.
I, cóż, charakteru nie miał wcale gorszego — byli do siebie z Jackiem bardzo
podobni, choć Mati miał nieco więcej pewności siebie. No i podobno umiał
niesamowicie gotować, czym często się chwalił, ale nigdy jakoś nie miał szansy
tego udowodnić.
Jacek niekoniecznie rozumiał więc, dlaczego ktoś
taki, kto mógłby zakumplować się z każdym, wybrał akurat jego. Ale bardzo się z
tego powodu cieszył, bo przez jeden semestr zauważył, że czuje się przy nim
taki wyluzowany i radosny.
Stwierdził, że te długie godziny spędzone na uczelni
nie będą takie złe — z Mateuszem na pewno będzie się świetnie bawił.
— Haloo, Kaczek — usłyszał. — Numerek.
— Co? — zapytał zdezorientowany, patrząc na kumpla.
— Znów bujałeś w obłokach. — Mati wywrócił oczami. —
Numerek od pani weź. Szatnia? Kurtka? Mówi ci to coś?
Jacek prychnął tylko i czym prędzej wziął plastik od
szatniarki, po czym ruszył w stronę schodów, bo sale komputerowe znajdowały się
piętro wyżej.
Zdecydowanie będzie się dobrze bawił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz