Betowała Dream :)
Rozdział 2
Wydział
fizyki UAM-u był najstarszy na kampusie Morasko, dlatego nie wyglądał zbyt
nowocześnie czy zwyczajnie ładnie, jak inne, nowsze wydziały. Jacek nie bardzo
go lubił — korytarze stanowiły jeden wielki labirynt, w którym zwyczajnie się
gubił. Nie potrafił znaleźć sali, w której miał zajęcia tydzień wcześniej, a to
było dość problematyczne, bo nie lubił się spóźniać. Na szczęście z odsieczą
przychodził mu Mateusz, który jakimś dziwnym cudem zawsze wiedział jak dojść w
dane miejsce.
Tak było i
tym razem — kiedy weszli już po schodach na górę i skręcili w wąski korytarz,
Jacek patrzył to na prawo, to na lewo i próbował czytać informacje na drzwiach.
Chciał się dowiedzieć, czy to już tutaj jest ich sala komputerowa, czy może
nieco dalej.
— Kaczek,
bo sobie kark skręcisz — zaśmiał się Mateusz, patrząc na Jacka. — Przecież to
jeszcze nie tu, mamy w sześćdziesiąt cztery, tam gdzie mieliśmy programowanie w
pierwszym semestrze.
— Czyliiii?
— spytał Nogalski, zadzierając głowę do góry, by spojrzeć na kumpla. — Bo ja
serio nie wiem. Przecież tu wszystko wygląda tak samo! Wszędzie te brzydkie,
ceglaste ściany…
— Tak, ale
chyba kojarzysz, że przed programowaniem siedzieliśmy na takich zielonych
fotelach?
— O!
Faktycznie — zawołał Jacek i przyłożył palec do skroni. — A, w ogóle, Mati,
ciągle zapominam cię zapytać. Czemu „Kaczek”? — zapytał, unosząc jedną brew do
góry.
— A, to. —
Mateusz machnął ręką. — Mój telefon cię tak nazywa.
Jacek
stanął i spojrzał na niego dziwnie.
— Że co?
— No za
każdym razem jak próbowałem napisać „Jacek” to mi zmieniało na „Kaczek”. W
sumie całkiem śmieszne. Nawet chodzisz jak taka kaczuszka — powiedział i
parsknął śmiechem, czochrając Jackowi loki, na co ten westchnął i pokręcił
głową.
— Mam
nadzieję, że to komplement? — spytał, udając obrażonego.
— No
pewnie! Kaczki są urocze! — odpowiedział Mateusz, uśmiechając się szeroko i
włożył ręce do kieszeni.
Wreszcie
doszli do tej części korytarza, w której było nieco więcej miejsca, bo
naprzeciwko sali sześćdziesiąt cztery było wejście do budynku od strony
parkingu. Tam też obok wejścia były duże okna na całą ścianę i kilka foteli, na
których można było sobie przycupnąć w oczekiwaniu na laboratoria.
— Siema —
powiedział Mateusz do kolegów z roku, którzy już siedzieli pod salą i przywitał
się z każdym po kolei za pomocą uścisku dłoni.
Jacek
tylko kiwnął ręką i powiedział wszystkim „cześć”.
— Do
której grupy idziecie? — zapytał starosta roku, Adrian, podchodząc do Mateusza
i Jacka. — Są trzy. Gość przed chwilą przyszedł i powiedział, że mamy się
podzielić.
—
Obojętnie — powiedział Mati, wzruszając ramionami, a Jacek szturchnął go w
ramię. — Co?
— No bo
nie obojętnie, pacanie — skarcił go i wyciągnął komórkę z kieszeni. — Nie mam
zamiaru mieć jakoś dziwnie rozłożonych zajęć. O ile się nie mylę, w planie
było, że druga grupa i pierwsza mają dzisiaj rano, a trzecia w środę po
południu no nie?
— Tak —
potwierdził Adrian. — Ja jestem w pierwszej.
— Hmm, no
tam to ja nie mogę — mruknął Nogalski, zerkając w plan zajęć, który pobrał
sobie na telefon. — Bo grupa pierwsza ma w piątki na rano, a ja mam wtedy
angielski. Słabo. Mogę być w drugiej?
— Spoko —
odpowiedział starosta, wzruszając ramionami. — Miejsce jeszcze jest.
— Super! —
ucieszył się Jacek, nie odrywając wzroku od dokumentu z planem na smartfonowej
aplikacji. — Może być, Mati?
Mateusz
kiwnął głową i przyglądał się Jackowi z uśmiechem przez dłuższą chwilę.
— No tak
czy nie? — nie odpuścił, odgarniając swoje blond loki z czoła i w końcu zerknął
na Mateusza. — Co się tak gapisz, mam coś na twarzy?
— Ta… I
chyba nazywasz to zarostem… — dokuczył mu Mateusz, po czym schylił się i
zmrużył oczy w zaczepnym uśmiechu.
— Kutas —
skomentował Jacek.
— No tak, może
być, przecież ci kiwnąłem głową — odpowiedział w końcu Mati, prostując się.
— Ok, to
sorki, akurat patrzyłem w telefon — wyjaśnił Nogalski, chowając komórkę do
torby płóciennej z napisem „I AM SHER LOCKED”, którą wszędzie ze sobą nosił.
Chwilę
później pod salę przyszło dwóch prowadzących — kobieta i mężczyzna, wzięli
swoje dwie grupy do sali, a trzecią poinformowali o najbliższych zajęciach
odbywających się w środę. Wychodziło więc na to, że niektórzy mieli obecnie
parogodzinne okienko, bo jedne zajęcia już im tego dnia wypadały, jak się
mailowo dowiedzieli od jednego profesora.
— To po co
ja tak wcześnie przyjeżdżałem? — jęknął Marcin, który mieszkał pod Poznaniem i
na uczelnię dojeżdżał w jakieś półtorej godziny.
Reszta po
prostu stwierdziła, że idą na „szybkie” piwko, kiedy grupy pierwsza i druga
zniknęły za drzwiami sal komputerowych.
***
Po dwóch
godzinach laboratoriów wreszcie prowadząca powiedziała wyczekiwane przez
wszystkich „to do zobaczenia”, na dźwięk czego studenci szybko wyłączyli
komputery i poderwali się z miejsc. Oprócz jednej osoby.
Jackowi
zajęcia bardzo się spodobały — w programie, na którym działali, można było robić
wiele ciekawych rzeczy. Jeszcze nie do końca wiedział jakich konkretnie, bo
teraz uczyli się tylko absolutnych podstaw i prostych programów, ale czuł, że
jest to coś, co będzie robił z przyjemnością. Przede wszystkim nie trzeba było
siedzieć i klepać kodu, bo programowało się „graficznie”, czyli zrzucało na
przykład dwie kontrolki liczbowe, trójkąt ze znakiem dodawania, kontrolkę
wyniku, łączyło się kabelkiem i już. Gotowe.
— Jaceeeek
— jęknął Mateusz, zaglądając koledze przez ramię. — Chodź, już wszyscy wyszli,
a Pani też nie ma ochoty tu wiecznie siedzieć!
Prowadząca
uśmiechnęła się i wyłączyła swój komputer.
— Nie
ukrywam, że byłoby miło kiedyś stąd wyjść — zaśmiała się i spojrzała na Jacka.
— Możesz sobie pobrać wersję próbną na stronie albo skorzystać z, cóż… innych
metod pobierania w internecie. Bo program kosztuje w tysiącach, więc…
— Domyślam
się, niestety — odpowiedział Jacek i posłusznie wyłączył komputer, wcześniej
zapisując program, który zrobił.
Pożegnali
się z prowadzącą i wyszli z sali.
— Jest
wpół do dwunastej, wykład mamy za dwie godziny… — mruknął Mateusz, patrząc na
zegarek. — Piwo? — zapytał z uśmiechem i położył Jackowi dłoń na ramieniu.
— Jasne! —
odpowiedział Nogalski entuzjastycznie i założył kurtkę.
Kampus
Morasko znajdował się na niemalże samym końcu Poznania i otaczał go las, więc
nie było w pobliżu żadnego sklepu czy galerii. Po upragniony alkohol studenci
musieli iść więc aż na pętlę tramwajową, z którą sąsiadowała Żabka. Szybkim
krokiem można było dojść do niej w przeciągu piętnastu minut.
Jacek ucieszył
się, że w końcu przestało padać i nieco się rozpogodziło, bo naprawdę z
utęsknieniem czekał na wiosnę. I każdy promyk słońca dawał mu nadzieję, że może
w końcu temperatury skoczą powyżej tych czterech stopni i będzie coraz cieplej.
Przyglądał
się innym wydziałom, które mijali po drodze, ale nie miał czasu zastanawiać się
nad ich architekturą, bo poczuł wibracje w kieszeni kurtki. Spojrzał na komórkę
i zmarszczył brwi.
— Julek? —
spytał i zerknął na Mateusza, który odwrócił wzrok i miał dość obojętną minę. —
O piętnastej kończę. No, to cześć — dodał i rozłączył się.
—
Kosmicznie długa rozmowa — zakpił Mati.
— Co
poradzę, Julian jest dość konkretny — odpowiedział Jacek i zaczął się
przyglądać kumplowi.
Mateusz
tylko wzruszył ramionami i zmienił temat.
— Ta babka
od laborków, bardzo spoko — powiedział i znów uśmiech wpełzł mu na twarz, co
Jackowi podobało się zdecydowanie bardziej niż jego obojętna mina sprzed
chwili.
— No,
urocza jest — zachwycił się Jacek, patrząc na Mateusza. — I mówi do nas na „ty”
i fajnie tłumaczy…
— Szkoda,
że mało kto jej słuchał — westchnął Mati, zakładając kaptur, bo zaczęło dość
mocno wiać.
Gawędzili
sobie wesoło, co chwilę się przekomarzając, aż w końcu doszli do Żabki i kupili
po piwie na głowę. Zaczęli iść w stronę kampusu, bo po drodze znajdowało się
takie miejsce w lesie, gdzie można było usiąść na pieńkach i spokojnie wypić.
Jacek
lubił pić w plenerze, ale w zimę było to dość ciężkie zadanie. Trząsł się i
tuptał nogami, a Mateusz przyglądał mu się z rozbawieniem.
— Może
chcesz kurtkę? — spytał Mati, rozpinając zamek.
— No chyba
głupi jesteś! Nie mam zamiaru się potem tłumaczyć twoim rodzicom, dlaczego
zamarzłeś między zajęciami.
— To nie —
prychnął Mateusz i wytknął Jackowi język.
Jacek
wziął łyk wiśniowego piwa, które sobie kupił i mlasnął z zadowoleniem.
Uwielbiał słodkie rzeczy, dlatego pił głównie smakowe alkohole. W końcu nie był
jakimś koneserem, tak jak na przykład Julian, który kupował sobie jakieś
dziwne, zdaniem Jacka, piwa, które miały być podobno „wyjątkowe” a smakowały
wszystkie tak samo. Czyli po prostu były gorzkie. I niedobre. No, ale nie
oceniał, w końcu każdy miał inny gust. Jedni lepszy, inni gorszy.
Przeniósł
wzrok na Mateusza, który patrzył na niego uważnie i uśmiechał się lekko.
— Co? —
zapytał i wziął łyk z butelki. Zrobiło mu się nieco cieplej, ale nie był
pewien, czy to wina alkoholu, czy może przeszywającego spojrzenia Mateusza.
— Nic.
Lubię na ciebie patrzeć, jak się zamyślisz — odpowiedział Mati, na co Jacek
niemalże się zakrztusił.
— Pewnie
mam wtedy twarz nieskalaną inteligencją, co? — zaśmiał się, próbując obrócić to
co usłyszał w żart. W końcu raczej nie było opcji, żeby jego najlepszy kumpel z
roku czuł do niego miętę, bo kiedy Jacek zrobił przed nim „coming out”, mówiąc
o swoim partnerze, Mateusz nie wyglądał na ucieszonego i przez pewien czas
przestał się do niego odzywać. Jacek nie był zdziwiony, w końcu nie każdy
tolerował odmienność seksualną i przez lata się do tego przyzwyczaił, ale
zrobiło mu się nieco przykro, bo bardzo Mateusza polubił. Po kilku dniach
zaryzykował i zaczął za nim chodzić, pytając o jakieś pierdoły dotyczące
uczelni albo czy gdzieś wyjdą, no i poskutkowało. O Julianie po prostu
przestali rozmawiać.
— No, tak
mniej więcej. — Mateusz uśmiechnął się i wziął większy łyk piwa. — Jak tam z
tym twoim? — zapytał, skubiąc etykietę butelki.
Jacek
spojrzał na niego niepewnie. Takiego pytania się nie spodziewał, w końcu
wiedział, że to nieco drażliwy temat dla kumpla. Dlatego właśnie nigdy nic nie
wspominał o swoich problemach w związku.
Odgarnął
loki z czoła i zastanowił się.
— Nie wiem
— odpowiedział smutno. — Trochę wczoraj nakrzyczałem i mu wygarnąłem co nieco…
— mruknął, grzebiąc stopą w ziemi.
— No nie
wierzę, krzyczący Jacuś! — Mateusz zasłonił usta dłonią, udając zdziwienie. —
Przecież tyś niewinny jak nieobsrana łąka. Nie wyobrażam sobie tego — zaśmiał
się, patrząc w oczy Nogalskiego wyzywająco.
— Chcesz,
żebym na ciebie krzyczał? — zapytał Jacek, marszcząc czoło. — To jakiś fetysz?
Mateusz
zaczął poruszać sugestywnie brwiami z głupim uśmieszkiem, na co Jacek parsknął
śmiechem i pokręcił głową.
Cholera,
lubił go. Mógłby siedzieć na tym pieńku obok Mateusza cały dzień i śmiać się z
jego min, jego parodiowania i głupich zaczepek. Półtorej godziny minęło mu tak
szybko, że kiedy spojrzał na zegarek, zdziwił się i zerwał na równe nogi. W
końcu nie lubił się spóźniać, a wykład zbliżał się nieubłaganie, dlatego chciał
wracać na uczelnię jak najprędzej.
Mateusz
nie podzielał jego zdania, ale nie dał się długo namawiać. W końcu nie miał
zamiaru siedzieć w tym lesie sam.
Towarzystwo
Jacka odpowiadało mu o wiele, wiele bardziej.
Fajne:) Czuć napięcie między chłopakami, ciekawe kiedy Mati się wyspie że Jacek mu się podoba?...Dobrze kombinuję? ;)
OdpowiedzUsuńO, pierwszy komentarz! Bardzo się cieszę! :) A nie chcę za wiele zdradzić, ale trochę będzie zamieszania ;) Więc cierpliwości!
UsuńKrótko :( Chciałoby się jeszcze xD
OdpowiedzUsuńCo ile mniej więcej będziesz wstawiać rozdział? Będę zaglądać, jak na razie podoba mi się Twój styl :) Tematyka to obyczajówka, hm? Tak się zapowiada.
Podoba mi się zaczęcie od etapu, gdzie J... (mylę imiona na te same litery, dlaczego to zrobiłaś?) jest z J... xDD Szkoda tylko, że ten związek już jest w fazie rozpadu. ;d
No nic, pozostaje mi czekać na więcej ;) Powodzenia! Niech wena będzie z Tobą :D
Ano, rozdziały są dość krótkie, ale tak mi łatwiej skupić myśli :) Kiedyś pisałam opowiadanie "Bardzo duża iguana" (jest na forum SN, które mam w linkach) i za wysoko sobie postawiłam poprzeczkę. To było moje pierwsze autorskie i, cóż, nie dość że wybrałam Nowy Jork, to jeszcze rozdziały miały po 4k słów... Nie skończyłam go, bo mnie to przerosło. Dlatego tutaj idę powoli i do przodu! :D
UsuńCo do rozdziałów - cóż, zależy od mojego czasu i czasu bety, ale piszę raczej dość szybko. I owszem, tematyka to takie okruchy życia, obyczajówka ;)
A to takie natchnienie było, żeby byli JJ :D Dziękuję serdecznie za komentarz, 3 rozdział już w połowie jest napisany!
Nie lubię pisać komentarzy, ale wiedz, że jestem i mi się podoba. :)
OdpowiedzUsuńŻyczę masy weny!
Dziękuję, że mimo wszystko napisałaś cokolwiek, miło wiedzieć, że ktoś czyta! :D
UsuńDziękuję, jak tylko uczelnia da mi trochę luzu, to będę kontynuować:)