Hej! :) Po długiej przerwie, ale wrzucam 6 rozdział. Betowała fefa oraz Derwisz, którym bardzo dziękuję, ale czekam aż fefa przejrzy rozdział ponownie - zawsze da się coś wyłapać ;) Ale nie chciałam dłużej czekać z wrzuceniem, więc jak coś to po prostu podmienię wersje.
Zapraszam :)
Rozdział 6
Gdyby
nie wydobywające się z głośników „Przystanek: Gwarna”, Jacek pewnie pojechałby
na koniec trasy i z powrotem, bo przez całą drogę spoglądał w okno i w ogóle
nie skupiał na tym, co się dzieje wokół niego. Teraz jednak poderwał się z
siedzenia i próbował przecisnąć przez tłum ludzi — cholera, czemu ich zawsze
było tak dużo w komunikacji?
Wygramolił
się z tramwaju, poklepał po kieszeniach, przejrzał torbę, czy wszystko ma i
wreszcie uniósł wzrok.
Mateusz
stał tam, pod sklepem, w rozpiętym płaszczu, czarnych spodniach i szarej
koszuli. Palił papierosa, co trochę Jacka zdziwiło, bo nigdy go z fajką nie
widział, ale stwierdził, że zdecydowanie było mu z tym do twarzy.
Nogalski
spojrzał na swoje znoszone trampki i koszulkę w pizze z lekkim zniesmaczeniem.
Gdyby wiedział, że Mati się tak odstawi, to sam ubrałby coś lepszego…
—
Kaczuś! — zawołał Woźniak wesoło i rzucił peta na chodnik. — Co tak stoisz?
— Od
kiedy palisz?
— A
tak różnie — wzruszył ramionami. — Jak się denerwuję to sobie zajaram.
—
Coś się stało? — spytał zmartwiony Jacek i odgarnął loki z czoła, a Mati
spojrzał gdzieś w dal i uśmiechnął się lekko.
— W
końcu mamy randkę, to chciałem wypaść
jak najlepiej. No i się zestresowałem przez to — odpowiedział, a Jacka aż
wmurowało w podłogę. Randka? Teraz
Jacek miał potwierdzenie, że Mati faktycznie coś do niego czuł… I to
najwyraźniej od dawna. Zaczynając od jego milknięcia, gdy tylko padło imię Julka,
poprzez wieczne zaczepianie, targanie po włosach, czasem uścisk, zapraszanie na
miasto… Na początku Nogalski myślał, że to tylko i wyłącznie takie
„przyjacielskie” gesty, w końcu Mateusz absolutnie nie wyglądał i nie
zachowywał, jakby był gejem, a Jacek zbyt dużo się nad tym nie zastanawiał. Miał
go po prostu za otwartego i wesołego gościa.
Prawda
okazała się być jednak nieco inna. I Jacek nawet się z tego cieszył w głębi
duszy, bo przecież nie był przystojniakiem, więc nigdy nie podejrzewałby, że
może podobać się komuś takiemu jak Mateusz. Ostatnimi czasy zapuścił się
jeszcze bardziej, być może dlatego, że nie czuł potrzeby starania się dla Julka,
czy dbania o siebie — było mu już wszystko jedno.
—
Nie mówiłeś, że to… — zaczął, ale Mateusz objął go ramieniem i zaczął prowadzić
w sobie znaną stronę.
—
Idziemy do Cybermachiny! — powiedział wesoło i w końcu puścił Jacka, który
zarumienił się i naprawdę dziękował, że na dworze było zimno, bo dzięki temu
może Mati pomyśli, że to tylko i wyłącznie od mrozu.
Nogalski
kiwnął głową i do pubu szli w milczeniu — na szczęście nie było to daleko od
przystanku, więc chwilę później weszli już do środka. Jacek bywał czasem w
Cybermachinie w swoim mieście, więc mniej więcej wiedział, czego się
spodziewać. I wcale się nie zdziwił, widząc te same lampy w kształcie klocków
ze znakiem zapytania ze znanej, kultowej gry „Mario”, telewizory na ścianach i
podłączone do nich konsole, a także jakieś obrazki, czy plakaty z różnych gier.
Ludzi oczywiście było mnóstwo i większość siedziała przy stolikach, grając w
planszówki i śmiejąc się głośno. Jacek wcale się nie łudził, że mogliby tu
znaleźć jakiś stolik, ale Mateusza najwyraźniej mało to obchodziło, bo stał już
w kolejce do baru.
—
Mati! — zawołał Jacek i pociągnął przyjaciela lekko za koszulę, żeby ten na
niego spojrzał. — Przecież tu nie ma miejsca!
—
Zrobiłem rezerwację! — odpowiedział Woźniak z dumą i uśmiechnął się, a Nogalski
aż się na niego zapatrzył. Cholera, czy ten człowiek musiał być aż tak
przystojny? Czy była na tym świecie jakakolwiek sprawiedliwość?
Jacek
pokiwał głową i odgarnął loki z czoła. Przeklął je w myślach, bo teraz
przyklejały mu się do skóry — czuł, jak cały się poci. I nie wiedział już, czy
to ze zdenerwowania, czy przez Matiego, czy po prostu przez panujący zaduch.
—
Idź tam — Mateusz wskazał mu palcem jakieś miejsce, ale Jacek nie widział nic
prócz ludzi. — Na końcu. Na stoliku powinna być kartka z rezerwacją. Co ci
wziąć? — spytał, wyciągając portfel.
— Eee
— zaciął się. — Może być Grog Le Chucka.
Potem ci oddam...
— No,
zobaczymy — zaśmiał się Mateusz i potargał Jacka po włosach, na co ten
westchnął tylko i próbował nie myśleć o tym, jak bardzo teraz jego kumpel
będzie miał mokrą dłoń.
Nogalski
postanowił więc ruszyć do tego domniemanego stolika, ale naprawdę nie było to
łatwe zadanie. Ktoś, kto otworzył Cybermachinę w tym miejscu chyba w ogóle nie
miał pojęcia, jak bardzo popularny jest ten pub. Korytarz łączący jedną część
(tę z barem) i drugą, gdzie było więcej stolików, był nie dość że wąski, to
jeszcze akurat tam powiesili telewizor, dali konsolę i krzesła! Jacek warknął w
myślach, próbując przejść obok bandy nerdów, która patrzyła, jak dwie osoby w
coś grają.
Kiedy
w końcu udało mu się przecisnąć na drugi koniec pubu, wcale nie zauważył, żeby
jakikolwiek stolik był pusty. Przyjrzał się bardziej — faktycznie na jednym
była kartka „rezerwacja”. Mimo tego i tak siedzieli przy nim jacyś ludzie.
—
Sorry — zaczął, a trzech chłopaków spojrzało na niego niechętnie. — Ale tu
jest…
—
Spoko, już spadamy — powiedział jeden, w irokezie, po czym wzięli swoje piwa i
ruszyli gdzieś w tłum. Jacek odetchnął, usiadł na czarnej pufie i wziął do ręki
kartkę z drinkami, którą zaczął przeglądać.
Pamiętał,
że raz udało mu się wyciągnąć Julka do Cybermachiny, bo Julian był fanem książek,
komiksów, gier, „Gwiezdnych wojen” i wszystkiego, co nerdowskie. Pograli wtedy
chwilę na konsoli w Mortal Kombat,
wypili jakieś dziwne drinki i wyszli, bo Szymczakowi nie pasowało to, że
schodziło się coraz więcej ludzi.
Jak
Jacek się tak bardziej zastanowił, to zauważył, że jemu też coraz bardziej
przeszkadzały tłumy. Kiedyś mało się przejmował tym, że autobus czy tramwaj był
zawalony, że aby zatańczyć w pełnym klubie trzeba było ocierać się o innych
ludzi, że ogólnie w piątki większość pubów była wypełniona po brzegi. W końcu
„z kim przystajesz takim się stajesz”, podobno. Przez julkowe domatorstwo sam z
czasem stracił zapał do jakichkolwiek wyjść. Pomyślał, że czas to zmienić, bo,
cholera, przecież on taki nie był! Zauważył, że jakiś czas temu przestał być
tym samym Jackiem, co kiedyś. Wesołym Jackiem, który miał dużo znajomych,
wszystkich rozśmieszał i kochał tańczyć. Nie powinien się tak zmieniać przez
jedną osobę, myślał dalej, rozglądając się po pomieszczeniu, bo zaczynało mu
się nudzić.
— Jestem!
Tęskniłeś? — spytał Mateusz, kładąc przed Jackiem wysoką szklankę z drinkiem o
karmelowym kolorze. W skład Grog Le
Chucka wchodził rum, cola i kawałki limonki — niby nic wielkiego, ale Jacek
naprawdę lubił tego drinka.
— Za
alkoholem? Pewnie — odpowiedział Nogalski i uśmiechnął się zadziornie, a Mati
prychnął i wziął łyka piwa z kufla.
—
Okrutny jesteś — mruknął Woźniak i podparł brodę na dłoni. — I co tam się
działo ciekawego na uczelni, jak mnie nie było? — spytał, wpatrując się w Jacka
swoimi dużymi, niebieskimi oczami.
—
Cóż, gość od fizyki był wkurzony, bo mieliśmy iść przecież do tablicy, a ciebie
nie było — odpowiedział Jacek po chwili, kiedy upił kilka łyków drinka. — A tak
poza tym to nudy. A, no i dzisiaj byliśmy na piwku po angielskim.
— E,
wyjebane na tego typa — wzruszył ramionami. — Pójdę za tydzień, co za problem.
No i co tam gadaliście?
— A
wiesz, Marcin znowu udawał, że wie o czym rozmawiamy i się wtrącał, debil.
Krystian się przechwalał nową „dupą” przed Kubą, Adrian z Patrykiem gadali o
jakiejś książce…
—
Ale się musiałeś beze mnie wynudzić, biedny — powiedział Mati i przysunął się
do Jacka blisko. — Teraz jestem cały twój — wyszeptał mu do ucha, na co
Nogalski wzdrygnął się i spojrzał na przyjaciela zaskoczony. Cholera, nie
powinno tak być. Najpierw powinien uporać się z Julkiem…
—
Mati… — Jacek westchnął. — Nie rób tak, proszę.
Woźniak
zamrugał, po czym zmarszczył brwi, zdziwiony. W końcu odsunął się od Jacka i
prychnął.
— No
tak — burknął i wziął łyka piwa. — Zapominam o tym twoim lalusiu.
—
Och, ktoś tu jest zazdrosny — zaśmiał
się Jacek i spojrzał na Mateusza z uśmiechem. Co jak co, ale to był naprawdę
uroczy widok.
—
Będę walczył. Możesz mu przekazać.
Jacek
odgarnął loki z czoła i odchrząknął, nie bardzo wiedząc, co ma na to
odpowiedzieć.
—
Wiesz, że zawsze tak robisz, jak się denerwujesz? — spytał Mateusz, uśmiechając
się ciepło.
—
Ale jak?
—
Targasz tymi lokami.
— Bo
są denerwujące.
— Są
fajne, wymyślasz — parsknął Woźniak. — Zobacz na moje kudły, o — dodał, ze
zniesmaczeniem łapiąc swoje włosy. — Siano to takie, proste, bez wyrazu…
— No
chyba żartujesz! — żachnął się Jacek. — Są cud… — zaczął i nagle zmrużył oczy,
patrząc na przyjaciela podejrzliwie. — Czekaj. Ty chcesz wymusić na mnie
komplementy!
—
Wcale nie — odpowiedział Mateusz, uśmiechając się niewinnie.
—
Dupek.
Przekomarzali
się jeszcze jakiś czas, a kiedy Mati zauważył, że jakieś dziewczyny odchodzą od
konsoli, od razu wstał i rzucił się na dwa krzesełka przed telewizorem. Jacek
wziął ich już prawie puste szklanki i podszedł do Mateusza, po czym usiedli i
zaczęli grać w Tekkena. Długo jednak
to nie potrwało, bo kiedy tylko Woźniakowi skończyło się piwo, położył dłoń na
ramieniu Jacka i powiedział:
—
Chodźmy gdzieś indziej.
Nogalski
zgodził się od razu — miał ochotę się po prostu nawalić. Jakieś szoty, a potem
iść na parkiet i tańczyć do rana, żeby zapomnieć o wszystkich durnych
problemach. Chciał znowu poczuć się wolny i szczęśliwy.
Podjechali
tramwajem na Wrocławską i zgodnie stwierdzili, że czas odwiedzić Czupito, czyli
małą knajpkę, gdzie było mnóstwo różnych, wymyślnych szotów. Kolejka ciągnęła
się aż na zewnątrz, co w sumie nie było zaskakujące, bo pomieszczenie było
naprawdę małe, a zainteresowanie tym miejscem ogromne. Kiedy w końcu dobrnęli
do baru, Mateusz z uśmiechem na ustach zamówił szota o nazwie Blow Job i pomachał śmiesznie brwiami,
patrząc na Jacka. Ten tylko zrobił gest „puknij się w łeb” i pokręcił głową z
niedowierzaniem.
Wypili
kilka dziwnych szotów i ruszyli dalej na miasto, zahaczając o różne puby i
kluby, ale w żadnym nie zabawili długo. Coraz bardziej kręciło im się w głowie
od wódki, szli przez jakąś uliczkę, śmiejąc się głupio i obejmując nawzajem w
pasie. Weszli do kolejnego klubu, nawet nie patrząc na nazwę, wypili znowu dwa
szoty i poszli na parkiet. Jacek znowu czuł się jak w swoim żywiole — tańczył
obok Mateusza, z Mateuszem i nic go nie obchodziło poza głośną muzyką,
alkoholem we krwi i przystojnym przyjacielem, który trzymał go teraz za biodra.
Woźniak
schylił się do niego i krzyknął:
—
Chcę zapalić!
Minęła
chwila zanim do pijanego Jacka dotarł sens tych słów, ale w końcu kiwnął głową
i dał się ciągnąć za rękę na zewnątrz. Kiedy wyszli, Mateusz wyjął paczkę i
zapalił jednego papierosa, a drugiego podał Nogalskiemu. Ten spojrzał na fajkę
i zamrugał.
— Hm
— mruknął. — Ostatni raz paliłem dwa lata temu — wymamrotał, wkładając
papierosa do ust, a Mati zaśmiał się tylko i podał mu zapalniczkę. Chwilę
obserwował, jak przyjaciel męczy się z ogniem.
—
Nie pij już więcej — parsknął śmiechem, obejmując Jacka ramieniem, a ten
wypuścił dym z ust i przymknął oczy, opierając się o Mateusza.
—
Ej, pedały! — zawołał jakiś typ przechodzący obok klubu, a dwóch jego kolegów
zarechotało.
—
Masz jakiś problem, śmieciu? — warknął Woźniak, zasłaniając Jacka swoim ciałem
i spojrzał na mężczyznę wrogo, a ten gwizdnął i podszedł do niego.
— No,
no, ten cwel chce dostać w cipę!
Dwóch
typów stanęło za swoim liderem, jeden splunął na chodnik. Jacek wyjrzał zza
pleców przyjaciela i obleciał go strach, kiedy spojrzał na twarze trzech napastników.
— A
ten co, za spódnicą się chowa, pizda jedna! Spedalony grubas — zarechotał
znowu.
Mateusz
nie wytrzymał. Wyrzucił papierosa, zamachnął się i przywalił gburowi prosto w
nos, aż ten poleciał do tyłu. Kiedy napastnik próbował zatamować krwotok, dwóch
jego przydupasów rzuciło się na Matiego. Woźniak, zaślepiony adrenaliną,
uniknął ciosów i złapał jednego typa za włosy, po czym uderzył go w brzuch.
Jacek
patrzył na to wszystko przerażony. Nigdy by nie pomyślał, że ten miły, radosny Mati
może kogoś tak pobić! I to w jego obronie.
—
Mati, przestań! Przestań, kurwa! — zawołał w końcu, łapiąc Mateusza za rękę,
kiedy ten znowu próbował się zamachnąć na pobitego już mężczyznę.
Woźniak
puścił gościa i wytarł nos przedramieniem. Z klubu wybiegło dwóch ochroniarzy,
na widok których trzech jeszcze przed chwilą agresywnych typów uciekło w głąb
uliczki.
—
Wszystko w porządku? — spytał wysoki, szeroki i łysy mężczyzna, patrząc na
przestraszonego Jacka.
—
Tak — wydukał Nogalski i spojrzał na wciąż wściekłego Mateusza. — My już sobie
idziemy — dodał i złapał przyjaciela za łokieć, po czym pociągnął go za sobą w
stronę rynku.
—
Puść — burknął Mati i wyswobodził się z uścisku, na co Jacek uniósł brwi do
góry i prychnął.
— Co
ty, zabić go chciałeś? — spytał i odgarnął loki z czoła. — Nic ci nie jest?
—
Nikt nie będzie mnie pedałem nazywał — warknął Mati i usiadł na ławce.
—
Kretynie — westchnął Jacek i usiadł obok niego. — Przecież jesteś…
—
Nie. Jestem gejem, nie pedałem. I nie jestem cwelem ani cipą…
—
Dobra, już, wyluzuj — Jacek objął go ramieniem. — To byli tylko jacyś debile,
co szukali zaczepki…
— I
nikt nie będzie cię obrażał — mruknął już ciszej, krzyżując ręce na piersi.
Spojrzał gdzieś w bok, zapewne lekko się zawstydzając, co Jacek znowu uznał za
strasznie urocze. Uśmiechnął się szeroko, szczęśliwy, że ktoś tak o niego dba i
pocałował Mateusza w policzek, nie zważając na to że są na rynku pełnym ludzi.
Alkohol wciąż krążył mu w żyłach.
Mati
spojrzał na niego zdziwiony.
—
Dzięki, rycerzu — zaśmiał się Jacek i oparł głowę na ramieniu przyjaciela.
Mateusz
uśmiechnął się lekko i wsunął nos w jackowe kosmyki, wyczuwając cytrusowy szampon
przebijający się przez zapach papierosów. Było im tak dobrze na tej
niewygodnej, zimnej ławce, że mogliby spędzić tam całą noc.
— O,
kurwa. — Usłyszeli z boku. — A wy co?
Mateusz
przeklął pod nosem. Jeszcze tego brakowało.
Lubię Twój styl pisania, jest bardzo przyjemny. Opowiadanie też mi się podoba, mocno wciąga. No i bohaterowie (w szczególności Mateusz i Julek) urzekają.
OdpowiedzUsuńNiecierpliwie czekam na następny rozdział i pozdrawiam. :)
Ski leniwcu, czemu to jeszcze jest NZ? xD Z Twoją prędkością naparzania w klawiaturę to już dawno powinno zmienić statut!
OdpowiedzUsuńNie bardzo tu chodzi o lenistwo, a o brak czasu i chęci :( Pracuję, a do tego leczę się na żołądek (dopadło mnie zapalenie, wrzody i ciul wie co jeszcze, dopiero dzisiaj idę do gastrologa, a czuję się koszmarnie). Hejtuję moje życie, bo zawsze jak zacznę coś pisać, to potem mi wyskoczy taki babol od losu, przestanę na trochę i potem ciężko mi wrócić ;_; Nie polecam gastroskopii nikomu, to tak na marginesie :'D
Usuń:o :o :o
UsuńAle żeś się zaprawiła :o. NIE UMIERAJ. NIE MA UMIERANIA, JAK TYLE FIKÓW DO NAPISANIA JESZCZE ZOSTAŁO.
Noaleno, zdrowiej zdechlaku <3.
(Myślę, że wódka byłaby dobrym rozwiązaniem na Twoje dolegliwości xD. Wódka jest zawsze dobrym rozwiązaniem na wszystko xD. Mam wódkę jak coś xD.)