Szczerze mówiąc, myślałam, że wrócenie do tego tekstu po 3 latach będzie bardzo ciężkie. Ku mojemu własnemu zdziwieniu, nie jest chyba tak najgorzej. ;) Przeglądałam go już kilka razy w poszukiwaniu błędów, ale klasycznie mogło mi coś umknąć.
Bety brak.
A tak swoją drogą, to nie do końca jestem zadowolona z poprzednich rozdziałów - a w zasadzie to głównie z 6. Ale, no cóż, teraz to już po ptokach ;)
Zapraszam do czytania siódmego rozdziału. Przepraszam jeszcze raz, że minęło tyle czasu. Ósmy jest już w trakcie pisania!
Od jakiegoś tygodnia non stop słucham The Weeknd, dlatego załączam do rozdziału!
Rozdział 7
Jacek poderwał głowę z przerażeniem. Oboje nie byli wyoutowani przed znajomymi ze studiów, więc słysząc głos Krystiana, poczuł, że panikuje. Wiedział, że Mati bardzo dbał o reputację, w końcu nawet własnym rodzicom nigdy nie powiedział o swojej orientacji. Jacek nie miał pojęcia, jak powinien kumplom wytłumaczyć fakt, że razem z Mateuszem opierali się o siebie, siedząc na tej rynkowej ławce. Miał też nadzieję, że nie widzieli tego całusa w policzek, który zaserwował Woźniakowi jeszcze chwilę temu.
Słowa uwięzły mu w gardle. Milczał, patrząc na chłopaków, którzy przyglądali im się z zaciekawieniem.
— Siedzimy — odpowiedział Mateusz z dziwnym wyrazem triumfu na twarzy i wzruszył ramionami.
— Wtuleni jak gołąbeczki — zaśmiał się Krystian złośliwie.
— Najebaliśmy się trochę — kontynuował Woźniak z pijackim uśmiechem. — I sobie odpoczywamy. Co nie, Jacuś?
Nogalski spojrzał na niego ze zdziwieniem, po czym posłusznie kiwnął głową. Miał wrażenie, że znalazł się na przedstawieniu, gdzie Mateusz właśnie odgrywał główną rolę.
— A ta krew to co? — spytał Adrian.
— A to, przyjaciele — zaczął Woźniak i uniósł pięść ku górze. — Jest znak zwycięstwa.
— Komu wyjebałeś? — zaciekawił się Kuba i poprawił czapkę na głowie.
— Hej — wtrącił Jacek, mając dość tej sytuacji. Nie bardzo wiedział do czego to zmierzało i chyba niekoniecznie chciał się dowiedzieć. — Może pójdziemy gdzieś wszyscy razem, hę? — zaproponował i podniósł się z ławki.
— Jestem za, zimno mi — mruknął Patryk. — Właśnie szliśmy do Pijalni.
— No i super! — ucieszył się Nogalski i poprawił swoją płócienną torbę na ramieniu.
„Pijalnia wódki i piwa” znajdowała się dosłownie parę kroków dalej, więc chwilę później byli już pod pubem. Jacek przez całą tę krótką drogę uparcie unikał wzroku Mateusza, który nie dawał mu spokoju i ciągle się przyglądał z dziwnym wyrazem twarzy.
— Idźcie poszukać miejsca — powiedział Woźniak do kolegów. — My jeszcze zajaramy.
Odpalił fajkę, a drugą podał Jackowi. Nogalski lekko się zawahał, szczerze mówiąc niekoniecznie chciał zostać z nim sam na zewnątrz, ale w końcu przyjął papierosa. Po chwili zaciągnął się dymem delikatnie.
Czekał na jakiekolwiek słowa z ust Mateusza, bo on sam nie bardzo wiedział, co miałby powiedzieć. Jeszcze chwilę temu, na tej niewygodnej ławce, czuł się zupełnie beztrosko. A teraz? Teraz miał cholerne wyrzuty sumienia. W końcu, jakby nie było, to trochę zdradzał Juliana. I mimo wszystko, czuł się z tym jak ostatni dupek. Najpierw powinien ogarnąć swoje uczucia, porozmawiać z Julkiem na poważnie, a potem dopiero ewentualnie pomyśleć o wpieprzaniu się w kolejny romans.
Matko, naprawdę, co on wyprawiał? Najpierw fantazjował o Mateuszu, kiedy Julian był tuż obok, a teraz spędza z Woźniakiem praktycznie całą noc na „randce”. Cholera, czuł się z tym wszystkim naprawdę okropnie. I, jasne, kiedy zobaczył Szymczaka wysiadającego z jakiejś drogiej fury, był rozgoryczony. Ale powoli zaczynało mu to przechodzić, bo głęboko w sercu czuł, że Julek nigdy by go nie zdradził. W końcu nie lubił skomplikowanych relacji międzyludzkich.
— Znowu to robisz — usłyszał lekko ochrypły głos Woźniaka i spojrzał w górę, w te niebieskie oczy, które teraz obserwowały go uważnie.
— Co robię — sapnął, odgarniając loki z czoła.
— To — odpowiedział i już sięgał dłonią do włosów Nogalskiego, ale ten odsunął się szybko. — Co jest? — spytał, lekko podirytowany.
— Mati, powinniśmy… przestać. Po pierwsze, to nigdy nie miała być randka, wiesz? Postawiłeś mnie w trochę nieciekawej sytuacji.
— Nieciekawej? — prychnął Mateusz i zaciągnął się papierosem. — Wyświadczam ci przysługę.
— Że co? — spytał Jacek, obserwując przyjaciela. Miał przez chwilę wrażenie, że stoi przed nim zupełnie inna osoba. To nie był ten wesoły Mati ze szczerym uśmiechem. Ten był… oschły? Wyrachowany?
— Powinieneś zostawić tego pajaca. Wkurwia mnie to, jak cię traktuje — warknął Woźniak.
— Nie poznaję cię dzisiaj — przyznał Jacek. — Ogarnij się, dobra?
— Bo co? — Mateusz złapał go za podbródek. Serce Nogalskiego znowu zabiło szybciej. — Boisz się, że coś ci zrobię?
— Jesteś napruty, zostaw mnie — warknął i próbował odepchnąć przyjaciela. Niestety, w porównaniu z takim dryblasem jak Mateusz, jego pchnięcie było niczym ukąszenie komara. — A najlepiej to idź do domu.
— Chyba masz rację — odparł Woźniak oschle, po czym rzucił niedopalonego peta na ziemię. — A myślałem, że nie jesteś takim idiotą. Cześć.
Jacek jeszcze przez chwilę obserwował oddalające się plecy Mateusza i dokładnie analizował wydarzenia tego wieczora. Wnioski, do których doszedł, niekoniecznie go ucieszyły. Mateusz może i wyglądał z wierzchu na wyluzowanego, wesołego gościa, ale w rzeczywistości był dość agresywny i zaborczy. I ta strona Woźniaka trochę go przerażała. Jak mógł tego wcześniej nie zauważyć?
Chociaż, jak się zastanowił, chyba był po prostu zaślepiony. W końcu Mateusz już raz przestał się do niego odzywać na dłuższy czas, a na każde wspomnienie Julka jego wyraz twarzy zmieniał się nie do poznania.
Wszedł do pubu i skierował się w stronę kumpli.
— A kochaś gdzie? — spytał Krystian, podsuwając Jackowi dwa szoty.
— Źle się poczuł i poszedł do domu — skłamał zręcznie, po czym od razu wychylił obie setki wódki dla rozluźnienia nerwów. — To co, bawimy się do rana?
— Jacula, chłopie — zawołał Kuba i objął kolegę ramieniem. — Z tobą najlepsze bailando!
Uśmiechnął się.
Jedyne, czego chciał w tej chwili, to upić się w sztok i nie myśleć więcej o swoich miłosnych rozterkach. I tak właśnie postanowił zrobić.
***
Jego plan powiódł się w stu procentach — dawno nie był tak pijany, jak w tym momencie. W oczach dwoiło mu się i troiło, a myśli były tylko zlepkiem niezrozumiałych dla niego obrazów i słów. Czknął nagle i podparł dłonią o ścianę. Zrobiło mu się bardzo niedobrze, ale wierzył, że jest w stanie powstrzymać to okropne uczucie zgagi zwykłym przełknięciem śliny. I faktycznie, na chwilę pomogło: teraz mógł skupić się na tym, gdzie w zasadzie był, bo jeszcze nie do końca to do niego dotarło. Zupełnie nie pamiętał, jak i kiedy stanął przed mieszkaniem, ale nie to stanowiło jego największy problem w tymże momencie. Macał kieszenie i merdał ręką w torbie już dłuższą chwilę, ale na nic się to zdało. Zapomniał kluczy. Albo je zgubił? Nie miał pojęcia.
Nie bardzo też wiedział, co ma zrobić dalej. W końcu, jeśli zacznie teraz dzwonić i pukać, to Julian go chyba zabije. Jeśli nie on, to na pewno zrobią to sąsiedzi, którzy mieszkali obok i od początku nie bardzo przepadali za mieszkaniem obok pary gejów. A on naprawdę, bardzo mocno, chciał żyć. Najpierw zapukał delikatnie do drzwi, ale odpowiedziała mu cisza. Wyciągnął z torby telefon i zamrugał kilkukrotnie oczami, żeby wyostrzyć sobie obraz.
Piąta rano.
Napisał do Juliana wiadomość, mając nadzieję, że to poskutkuje. Szymczak zawsze miał komórkę pod poduszką, więc Jacek modlił się, żeby tylko nie była wyciszona. Chryste, jak mu było niedobrze. Niby już od gimnazjum wiedział, że mieszanie ze sobą piwa, wódki, whisky i różnych słodkich napojów zawsze kończyło się źle, a dalej jak głupi popełniał ten sam błąd. A do tego odbijało mu się kebabem, choć niekoniecznie pamiętał, żeby faktycznie go jadł.
Usłyszał jakiś szmer za drzwiami i najchętniej podskoczyłby z radości, ale zbyt mocno się chwiał na takie akrobacje. Kiedy zobaczył Julka, poczuł, że bardzo chciałby go przytulić. Jednak w tym stanie to chyba nie był dobry pomysł.
— „Ptwizz dezwo” — przeczytał Julian lekko kpiącym, ale jednak ciepłym tonem. — To jakieś zaklęcie?
— Jul — zaczął Jacek i nagle poczuł, jak cała treść żołądka cofa mu się do przełyku. Zakrył usta dłonią i szybko pobiegł do łazienki, dobrze wiedząc, co nadchodzi. Ostatnie, czego by chciał, to zrzygać się prosto na swojego pedantycznego chłopaka.
Wymiotował naprawdę długo. Po trzeciej fali miał już naprawdę dość, czuł się tak okropnie, że wszystkie te myśli o chęci przeżycia zniknęły. W tym momencie faktycznie wolałby, żeby ktoś ukrócił tę męczarnię.
Ku jego zdziwieniu, Julian cały czas był obok i dbał o to, żeby jego blond loki nie dotykały toalety. Był mu za to naprawdę wdzięczny.
— Już? Koniec? — spytał Szymczak, a Nogalski potaknął i wytarł usta papierem. — Przyniosę ci wody, dobra?
Potaknąłby znowu, ale nie miał siły. Siedział na zimnych kafelkach i z wielką trudnością utrzymywał głowę w pionie.
— Masz, pij. — Usłyszał spokojny głos Juliana i sięgnął po szklankę. Pił łapczywie, jakby to było ostatnie, czego doświadczy w życiu. — No i co ja z tobą mam — westchnął Szymczak i usiadł obok chłopaka, po czym objął go ramieniem.
— Julann, pszpraszam — wymamrotał Jacek i nagle poczuł, jak schodzą z niego wszystkie emocje. Nie potrafił powstrzymać łez napływających mu do oczu, więc po prostu dał im płynąć. Czuł się taki słaby i żałosny z tym wszystkim. Wrócił nad ranem do domu, nawalony jak szpadel, a teraz jeszcze ryczał jak ostatni bachor. I on myślał, że ktoś taki jak Julian mógłby go kochać? Jego?
— Jesteś pijany, zdarza się. Chodź, położymy się spać. Nie płacz — dodał, odgarniając Jackowi loczki z czoła. — Hej, spójrz na mnie — złapał twarz chłopaka w dłonie.
— Ale, ja… — załkał tylko i nie potrafił powiedzieć już nic więcej. Julian pomógł mu wstać i powoli ruszyli w stronę łóżka.
Ku własnemu zdziwieniu, Szymczak wcale nie był na Jacka zły. Tak naprawdę przez całą noc nie zmrużył oka i bardzo intensywnie rozmyślał nad wieloma kwestiami. Po pierwsze, uświadomił sobie, że to, co czuł do Adama, to szczeniackie zauroczenie, które w ogóle nie powinno mieć miejsca. A po drugie, trochę się o Jacka martwił. W końcu rozumiał, co ten mógł pomyśleć, obserwując, jak jego chłopak wysiada z nieznanego mu auta o późnej porze.
To był też chyba jedyny raz, kiedy Nogalski nie wysłał mu ani jednej wiadomości. Zazwyczaj, kiedy gdzieś wychodził, to informował, co, gdzie i o której wróci. A teraz nie odezwał się zupełnie ani słowem, co, Julian musiał przyznać, strasznie działało mu na nerwy. Ale był zbyt dumny, żeby napisać pierwszy, czego teraz trochę żałował. Może gdyby jednak zatrzymał Jacka pod klatką i chociaż pocałował w ten durny policzek, byłoby inaczej? Coraz bardziej widział, że zachowuje się jak własna matka, którą tak gardził. Nie chciał się nią stać i postanowił zaradzić temu jak najszybciej, póki jeszcze nie było za późno. Póki Jacek chciał być obok takiego dupka, jak on.
Kiedy więc zobaczył wiadomość od Jacka, musiał przyznać, że naprawdę się uspokoił. Najpierw chciał trochę się z nim podroczyć, jednak widząc jego stan, dał sobie spokój. Chłopak wyglądał, jakby naprawdę nie kontaktował z rzeczywistością, a Julian już dawno nie widział go takiego. Podejrzewał nawet, że to właśnie on mógł być powodem, dla którego Jacek tak bardzo się upił.
Jacek pomógł mu wiele razy. Wyciągnął do niego rękę, dawno temu, kiedy tego potrzebował. Pozwalał przebywać w swoim pokoju, w spokojnym domu, wolnym od wrzasków i wiecznego niezadowolenia. Wspierał go i zawsze był obok. Julian wiele razy zadawał sobie pytanie: dlaczego? Dlaczego tak bardzo nie potrafił okazywać tego, co czuł? Przecież tak naprawdę lubił na Jacka patrzeć. Lubił jego loki, jego roztrzepanie, pożądanie w tych niesamowicie piwnych oczach. Ale czy kiedykolwiek mu o tym powiedział?
Julian zrobił sobie porządny rachunek sumienia tej nocy. I doszedł do wniosku, że jest naprawdę wielkim dupkiem, którym przecież nigdy nie chciał być. Ale od zawsze miał problemy z uzewnętrznianiem się, dlatego większość życia towarzyszyła mu jedynie samotność.
— No już, jeszcze spodnie — dodał, próbując odpiąć Jackowi pasek. Przebrał go w piżamę i doprowadził do porządku twarz mokrą od łez, po czym na nocny stolik położył butelkę wody. A obok łóżka miskę i papier, tak w razie co. Ostatnie, czego chciał, to wymiociny w świeżo wypranej pościeli.
Matko, przez to wszystko nawet nie zauważył, że była już szósta rano. A on naprawdę nie zmrużył oka, mało tego, niekoniecznie w ogóle chciał spać. Położył się obok Jacka, który przez cały ten czas milczał i próbował doprowadzić łkanie do porządku.
— Julian — szepnął w końcu Nogalski, patrząc w brązowe oczy Juliana, które chyba nigdy nie wydawały mu się tak piękne, jak w tym momencie. — Dziękuję…
— Cóż, musiałem jakoś zareagować, w końcu chyba nie myślisz, że pozwoliłbym ci ubabrać całe mieszkanie — odpowiedział Julek, uśmiechając się do Jacka zawadiacko.
— No tak — zaśmiał się.
— Wytrzeźwiałeś trochę?
— Trochę.
— To dobrze.
Jacek wtulił się w julkową klatkę, a ten okrył ich mocniej kołdrą. Milczeli przez dłuższą chwilę, każdy zamyślony nad własnymi rozterkami. Czemu nie mogłoby być tak zawsze? Czy naprawdę, żeby mogli się normalnie przytulić, Jacek musiał wrócić do domu w takim stanie? Obaj mieli wrażenie, że są zwyczajnie popieprzeni. Cali w kompleksach, pełni żalu i niedowartościowania. Jak mieli stworzyć dobry, zdrowy związek, skoro w ich głowach był jeden wielki syf?
— Julek — szepnął Jacek cicho, owiewając szyję Szymczaka ciepłym oddechem. — Ja się zmienię. Nie zostawisz mnie, co? Proszę — dodał tak cicho, jakby chcąc, żeby Julian wcale go nie usłyszał. Cały czas miał po prostu ochotę zapaść się pod ziemię.
— Co ty pleciesz — westchnął i wplótł dłoń w jackowe loczki. — To nie ty jesteś tu problemem. To ja i mój pieprzony charakter — dodał z rozżaleniem. Chciał pozbyć się tego ciężaru, którym były jego własne uczucia, dlatego postanowił, że będzie teraz całkowicie szczery. Miał już dość trzymania wszystkiego w sobie.
— Kocham cię, wiesz? — wymamrotał Jacek, obejmując Szymczaka w pasie.
— Ktoś tu chyba cały czas jest pijany — zaśmiał się Julian i pocałował chłopaka w czoło.
— Nigdy… Nigdy nie odpowiadasz…
Te słowa trafiły go niczym kula w łeb. Od wieków znane jest powiedzenie, że prawda w oczy kole i tak było też tym razem. Nieważne, jak bardzo Julian chciałby temu zaprzeczyć, rzeczywistość wyglądała inaczej. Nigdy mu nie odpowiedział na poważnie. Nigdy nie powiedział, że też go kocha. Po prostu nie potrafił, a za każdym razem, kiedy próbował, te słowa po prostu więzły mu w gardle. Jak to jest, że to po prostu dwa, głupie słowa, a potrafią tak bardzo namieszać człowiekowi w głowie?
— Jacek — zaczął i przytulił chłopaka mocno do siebie. Nie chciał go już więcej ranić, dlaczego więc cały czas nie potrafił mu tego powiedzieć? Nawet teraz, kiedy zrobił ten pieprzony rachunek sumienia i postanowił być lepszym partnerem? — To ja się zmienię. Obiecuję ci, że będziemy szczęśliwi. Daj mi tylko czas — wyrzucił z siebie, ściskając Jacka coraz mocniej.
Jacek odwzajemnił ten uścisk i nie chciał słyszeć już nic więcej.
Cudowny rozdział
OdpowiedzUsuńNiejako słodki i dający złudne myślenie, że wszystko jest w porządku. Nie wiem, może autorka chcę Jacka i Juliana razem, ja zaś wiem z doświadczenia, że to mało prawdopodobne.
Byłam jak Julian i wiem co chłopina czuję, gdy myśli "kocham" czy "nie kocham" kotłują się w głowie. Dlatego tak polubiłam tę opowiadanie i dlatego też nie lubię Julka. Przypomina mnie z przeszłości - aż za bardzo. Ja powiem tak - jesteś z kimś parę lat, ale nie powiedziałeś kocham? To jesteś z nim z głupiego sentymentu, strachu, że zostaniesz sam, że stracisz dobrego przyjaciela. Tylko tyle.
Cóż... Rozdział jak powiedziałam cudowny. Mateusz... Aj, serduszko zabolało ♡ Jacka dalej uwielbiam i moje stanowisko co do stworzenia pary z niego i Mateusza nie zmieniło się nawet troszeczkę!
Weny życzę i powodzenia!