czwartek, 2 marca 2017

"Przy tobie" Rozdział 2

Betowała Dream :) 


Rozdział 2

Wydział fizyki UAM-u był najstarszy na kampusie Morasko, dlatego nie wyglądał zbyt nowocześnie czy zwyczajnie ładnie, jak inne, nowsze wydziały. Jacek nie bardzo go lubił — korytarze stanowiły jeden wielki labirynt, w którym zwyczajnie się gubił. Nie potrafił znaleźć sali, w której miał zajęcia tydzień wcześniej, a to było dość problematyczne, bo nie lubił się spóźniać. Na szczęście z odsieczą przychodził mu Mateusz, który jakimś dziwnym cudem zawsze wiedział jak dojść w dane miejsce.
Tak było i tym razem — kiedy weszli już po schodach na górę i skręcili w wąski korytarz, Jacek patrzył to na prawo, to na lewo i próbował czytać informacje na drzwiach. Chciał się dowiedzieć, czy to już tutaj jest ich sala komputerowa, czy może nieco dalej.
— Kaczek, bo sobie kark skręcisz — zaśmiał się Mateusz, patrząc na Jacka. — Przecież to jeszcze nie tu, mamy w sześćdziesiąt cztery, tam gdzie mieliśmy programowanie w pierwszym semestrze.
— Czyliiii? — spytał Nogalski, zadzierając głowę do góry, by spojrzeć na kumpla. — Bo ja serio nie wiem. Przecież tu wszystko wygląda tak samo! Wszędzie te brzydkie, ceglaste ściany…
— Tak, ale chyba kojarzysz, że przed programowaniem siedzieliśmy na takich zielonych fotelach?
— O! Faktycznie — zawołał Jacek i przyłożył palec do skroni. — A, w ogóle, Mati, ciągle zapominam cię zapytać. Czemu „Kaczek”? — zapytał, unosząc jedną brew do góry.
— A, to. — Mateusz machnął ręką. — Mój telefon cię tak nazywa.
Jacek stanął i spojrzał na niego dziwnie.
— Że co?
— No za każdym razem jak próbowałem napisać „Jacek” to mi zmieniało na „Kaczek”. W sumie całkiem śmieszne. Nawet chodzisz jak taka kaczuszka — powiedział i parsknął śmiechem, czochrając Jackowi loki, na co ten westchnął i pokręcił głową.
— Mam nadzieję, że to komplement? — spytał, udając obrażonego.
— No pewnie! Kaczki są urocze! — odpowiedział Mateusz, uśmiechając się szeroko i włożył ręce do kieszeni.
Wreszcie doszli do tej części korytarza, w której było nieco więcej miejsca, bo naprzeciwko sali sześćdziesiąt cztery było wejście do budynku od strony parkingu. Tam też obok wejścia były duże okna na całą ścianę i kilka foteli, na których można było sobie przycupnąć w oczekiwaniu na laboratoria.
— Siema — powiedział Mateusz do kolegów z roku, którzy już siedzieli pod salą i przywitał się z każdym po kolei za pomocą uścisku dłoni.
Jacek tylko kiwnął ręką i powiedział wszystkim „cześć”.
— Do której grupy idziecie? — zapytał starosta roku, Adrian, podchodząc do Mateusza i Jacka. — Są trzy. Gość przed chwilą przyszedł i powiedział, że mamy się podzielić.
— Obojętnie — powiedział Mati, wzruszając ramionami, a Jacek szturchnął go w ramię. — Co?
— No bo nie obojętnie, pacanie — skarcił go i wyciągnął komórkę z kieszeni. — Nie mam zamiaru mieć jakoś dziwnie rozłożonych zajęć. O ile się nie mylę, w planie było, że druga grupa i pierwsza mają dzisiaj rano, a trzecia w środę po południu no nie?
— Tak — potwierdził Adrian. — Ja jestem w pierwszej.
— Hmm, no tam to ja nie mogę — mruknął Nogalski, zerkając w plan zajęć, który pobrał sobie na telefon. — Bo grupa pierwsza ma w piątki na rano, a ja mam wtedy angielski. Słabo. Mogę być w drugiej?
— Spoko — odpowiedział starosta, wzruszając ramionami. — Miejsce jeszcze jest.
— Super! — ucieszył się Jacek, nie odrywając wzroku od dokumentu z planem na smartfonowej aplikacji. — Może być, Mati?
Mateusz kiwnął głową i przyglądał się Jackowi z uśmiechem przez dłuższą chwilę.
— No tak czy nie? — nie odpuścił, odgarniając swoje blond loki z czoła i w końcu zerknął na Mateusza. — Co się tak gapisz, mam coś na twarzy?
— Ta… I chyba nazywasz to zarostem… — dokuczył mu Mateusz, po czym schylił się i zmrużył oczy w zaczepnym uśmiechu.
— Kutas — skomentował Jacek.
— No tak, może być, przecież ci kiwnąłem głową — odpowiedział w końcu Mati, prostując się.
— Ok, to sorki, akurat patrzyłem w telefon — wyjaśnił Nogalski, chowając komórkę do torby płóciennej z napisem „I AM SHER LOCKED”, którą wszędzie ze sobą nosił.
Chwilę później pod salę przyszło dwóch prowadzących — kobieta i mężczyzna, wzięli swoje dwie grupy do sali, a trzecią poinformowali o najbliższych zajęciach odbywających się w środę. Wychodziło więc na to, że niektórzy mieli obecnie parogodzinne okienko, bo jedne zajęcia już im tego dnia wypadały, jak się mailowo dowiedzieli od jednego profesora.
— To po co ja tak wcześnie przyjeżdżałem? — jęknął Marcin, który mieszkał pod Poznaniem i na uczelnię dojeżdżał w jakieś półtorej godziny.
Reszta po prostu stwierdziła, że idą na „szybkie” piwko, kiedy grupy pierwsza i druga zniknęły za drzwiami sal komputerowych.

***

Po dwóch godzinach laboratoriów wreszcie prowadząca powiedziała wyczekiwane przez wszystkich „to do zobaczenia”, na dźwięk czego studenci szybko wyłączyli komputery i poderwali się z miejsc. Oprócz jednej osoby.
Jackowi zajęcia bardzo się spodobały — w programie, na którym działali, można było robić wiele ciekawych rzeczy. Jeszcze nie do końca wiedział jakich konkretnie, bo teraz uczyli się tylko absolutnych podstaw i prostych programów, ale czuł, że jest to coś, co będzie robił z przyjemnością. Przede wszystkim nie trzeba było siedzieć i klepać kodu, bo programowało się „graficznie”, czyli zrzucało na przykład dwie kontrolki liczbowe, trójkąt ze znakiem dodawania, kontrolkę wyniku, łączyło się kabelkiem i już. Gotowe.
— Jaceeeek — jęknął Mateusz, zaglądając koledze przez ramię. — Chodź, już wszyscy wyszli, a Pani też nie ma ochoty tu wiecznie siedzieć!
Prowadząca uśmiechnęła się i wyłączyła swój komputer.
— Nie ukrywam, że byłoby miło kiedyś stąd wyjść — zaśmiała się i spojrzała na Jacka. — Możesz sobie pobrać wersję próbną na stronie albo skorzystać z, cóż… innych metod pobierania w internecie. Bo program kosztuje w tysiącach, więc…
— Domyślam się, niestety — odpowiedział Jacek i posłusznie wyłączył komputer, wcześniej zapisując program, który zrobił.
Pożegnali się z prowadzącą i wyszli z sali.
— Jest wpół do dwunastej, wykład mamy za dwie godziny… — mruknął Mateusz, patrząc na zegarek. — Piwo? — zapytał z uśmiechem i położył Jackowi dłoń na ramieniu.
— Jasne! — odpowiedział Nogalski entuzjastycznie i założył kurtkę.
Kampus Morasko znajdował się na niemalże samym końcu Poznania i otaczał go las, więc nie było w pobliżu żadnego sklepu czy galerii. Po upragniony alkohol studenci musieli iść więc aż na pętlę tramwajową, z którą sąsiadowała Żabka. Szybkim krokiem można było dojść do niej w przeciągu piętnastu minut.
Jacek ucieszył się, że w końcu przestało padać i nieco się rozpogodziło, bo naprawdę z utęsknieniem czekał na wiosnę. I każdy promyk słońca dawał mu nadzieję, że może w końcu temperatury skoczą powyżej tych czterech stopni i będzie coraz cieplej.
Przyglądał się innym wydziałom, które mijali po drodze, ale nie miał czasu zastanawiać się nad ich architekturą, bo poczuł wibracje w kieszeni kurtki. Spojrzał na komórkę i zmarszczył brwi.
— Julek? — spytał i zerknął na Mateusza, który odwrócił wzrok i miał dość obojętną minę. — O piętnastej kończę. No, to cześć — dodał i rozłączył się.
— Kosmicznie długa rozmowa — zakpił Mati.
— Co poradzę, Julian jest dość konkretny — odpowiedział Jacek i zaczął się przyglądać kumplowi.
Mateusz tylko wzruszył ramionami i zmienił temat.
— Ta babka od laborków, bardzo spoko — powiedział i znów uśmiech wpełzł mu na twarz, co Jackowi podobało się zdecydowanie bardziej niż jego obojętna mina sprzed chwili.
— No, urocza jest — zachwycił się Jacek, patrząc na Mateusza. — I mówi do nas na „ty” i fajnie tłumaczy…
— Szkoda, że mało kto jej słuchał — westchnął Mati, zakładając kaptur, bo zaczęło dość mocno wiać.
Gawędzili sobie wesoło, co chwilę się przekomarzając, aż w końcu doszli do Żabki i kupili po piwie na głowę. Zaczęli iść w stronę kampusu, bo po drodze znajdowało się takie miejsce w lesie, gdzie można było usiąść na pieńkach i spokojnie wypić.
Jacek lubił pić w plenerze, ale w zimę było to dość ciężkie zadanie. Trząsł się i tuptał nogami, a Mateusz przyglądał mu się z rozbawieniem.
— Może chcesz kurtkę? — spytał Mati, rozpinając zamek.
— No chyba głupi jesteś! Nie mam zamiaru się potem tłumaczyć twoim rodzicom, dlaczego zamarzłeś między zajęciami.
— To nie — prychnął Mateusz i wytknął Jackowi język.
Jacek wziął łyk wiśniowego piwa, które sobie kupił i mlasnął z zadowoleniem. Uwielbiał słodkie rzeczy, dlatego pił głównie smakowe alkohole. W końcu nie był jakimś koneserem, tak jak na przykład Julian, który kupował sobie jakieś dziwne, zdaniem Jacka, piwa, które miały być podobno „wyjątkowe” a smakowały wszystkie tak samo. Czyli po prostu były gorzkie. I niedobre. No, ale nie oceniał, w końcu każdy miał inny gust. Jedni lepszy, inni gorszy.
Przeniósł wzrok na Mateusza, który patrzył na niego uważnie i uśmiechał się lekko.
— Co? — zapytał i wziął łyk z butelki. Zrobiło mu się nieco cieplej, ale nie był pewien, czy to wina alkoholu, czy może przeszywającego spojrzenia Mateusza.
— Nic. Lubię na ciebie patrzeć, jak się zamyślisz — odpowiedział Mati, na co Jacek niemalże się zakrztusił.
— Pewnie mam wtedy twarz nieskalaną inteligencją, co? — zaśmiał się, próbując obrócić to co usłyszał w żart. W końcu raczej nie było opcji, żeby jego najlepszy kumpel z roku czuł do niego miętę, bo kiedy Jacek zrobił przed nim „coming out”, mówiąc o swoim partnerze, Mateusz nie wyglądał na ucieszonego i przez pewien czas przestał się do niego odzywać. Jacek nie był zdziwiony, w końcu nie każdy tolerował odmienność seksualną i przez lata się do tego przyzwyczaił, ale zrobiło mu się nieco przykro, bo bardzo Mateusza polubił. Po kilku dniach zaryzykował i zaczął za nim chodzić, pytając o jakieś pierdoły dotyczące uczelni albo czy gdzieś wyjdą, no i poskutkowało. O Julianie po prostu przestali rozmawiać.
— No, tak mniej więcej. — Mateusz uśmiechnął się i wziął większy łyk piwa. — Jak tam z tym twoim? — zapytał, skubiąc etykietę butelki.
Jacek spojrzał na niego niepewnie. Takiego pytania się nie spodziewał, w końcu wiedział, że to nieco drażliwy temat dla kumpla. Dlatego właśnie nigdy nic nie wspominał o swoich problemach w związku.
Odgarnął loki z czoła i zastanowił się.
— Nie wiem — odpowiedział smutno. — Trochę wczoraj nakrzyczałem i mu wygarnąłem co nieco… — mruknął, grzebiąc stopą w ziemi.
— No nie wierzę, krzyczący Jacuś! — Mateusz zasłonił usta dłonią, udając zdziwienie. — Przecież tyś niewinny jak nieobsrana łąka. Nie wyobrażam sobie tego — zaśmiał się, patrząc w oczy Nogalskiego wyzywająco.
— Chcesz, żebym na ciebie krzyczał? — zapytał Jacek, marszcząc czoło. — To jakiś fetysz?
Mateusz zaczął poruszać sugestywnie brwiami z głupim uśmieszkiem, na co Jacek parsknął śmiechem i pokręcił głową.
Cholera, lubił go. Mógłby siedzieć na tym pieńku obok Mateusza cały dzień i śmiać się z jego min, jego parodiowania i głupich zaczepek. Półtorej godziny minęło mu tak szybko, że kiedy spojrzał na zegarek, zdziwił się i zerwał na równe nogi. W końcu nie lubił się spóźniać, a wykład zbliżał się nieubłaganie, dlatego chciał wracać na uczelnię jak najprędzej.
Mateusz nie podzielał jego zdania, ale nie dał się długo namawiać. W końcu nie miał zamiaru siedzieć w tym lesie sam.
Towarzystwo Jacka odpowiadało mu o wiele, wiele bardziej.


 

niedziela, 26 lutego 2017

Krótki wstęp i "Przy tobie" Rozdział 1

                Witam serdecznie każdego, kto zabłądził w jakiś sposób i znalazł się na moim skromnym blogu! Nazywam się Ski.
                Nigdy w życiu nie planowałam takowego zakładać, ale za namową pewnej Dream, którą raczej powinniście kojarzyć (jeśli nie, to zmieńcie to jak najszybciej!) podjęłam ten krok. No i zobaczymy, co z tego wyjdzie.
                Piszę od około 2012 roku, zaczynałam od fandomu „Naruto” i właściwie to siedzę w nim do dzisiaj. Przez te wiele lat mój styl bardzo się zmienił, ale wciąż nie jestem z niego zadowolona. Mam nadzieję, że będzie coraz lepiej, pracuję nad tym.
                Na tym blogu skupię się na opowiadaniu, które zaczęłam jakiś czas temu i które będzie się rozwijało bardzo powoli. FF z fandomu „Naruto” również chętnie będę tu wrzucać, bo bardzo lubię je pisać i jestem ciekawa każdej opinii!

                Nie przedłużając za dużo, zapraszam na pierwszy rozdział „Przy tobie”. Betowała oczywiście Dream. :) 


Przy tobie

Rozdział 1

     

                Jacek Nogalski jęknął przeciągle, wgapiając się w ekran laptopa z niezadowoleniem.
                — Cholera, ale mam plan do dupy... — westchnął, spoglądając na swojego chłopaka leżącego na łóżku. — Prawie codziennie od rana do wieczora. Całe życie tam spędzę! — dodał, jednak nie widząc żadnej reakcji, zmarszczył brwi. — Julian, słuchasz ty mnie w ogóle?
                — Ta. Plan, całe życie, coś tam — mruknął mężczyzna, nie odrywając wzroku od czytanej książki.
                — Mhm — burknął Jacek, odgarniając swoje blond loczki z czoła. Przyglądał się jeszcze chwilę zajęciom i skrzywił, bo czuł, że to nie będzie łatwy semestr. Praktycznie same laboratoria, pięć wykładów (co oznaczało pięć egzaminów), a do tego ta cholerna pracownia fizyczna, której tak nie cierpiał.
                Niestety, jego partner nie za bardzo go wspierał — ostatnimi czasy średnio się nim w ogóle przejmował. Właściwie, jak Jacek się tak porządnie zastanowił, to nie dogadywali się już od dobrych kilku miesięcy. Nawet nie był pewien, kiedy pojawiło się pierwsze „zamknij się”, „daj mi spokój” czy „co mnie to obchodzi”.
                Uśmiechnął się smutno. Nie pamiętał nawet, kiedy ostatni raz Julian w ogóle go pocałował, tak sam z siebie, czy zainicjował w ogóle jakąkolwiek formę czułości. Seks ostatni raz uprawiali dwa miesiące wcześniej i to po imprezie, choć, zdaniem Jacka, nie było w nim żadnych uczuć. Cóż, właściwie jedno — uczucie mdłości, kiedy jego żołądek próbował odrzucić niezdrowe połączenie taniego wina, piwa i wódki.
                — Idę pod prysznic — powiedział Jacek, ściągając koszulkę. — Idziesz ze mną? — spróbował, mając nadzieję, że to wszystko co ich spotyka to tylko jakaś cholerna rutyna, przyzwyczajenie. I stwierdził, że to on właśnie musi zacząć coś z tym robić, bo jego partner nigdy nie był zbyt wylewny.
                — Nie, pójdę później. Chcę dokończyć rozdział — odparł mu Julian, przeczesując palcami swoje krótkie, brązowe włosy.
                — Skoro tak, to jak tam chcesz — odpowiedział, uśmiechając się smutno i ruszył do łazienki.
                Kiedy był już pod prysznicem, spojrzał w dół na swój odstający brzuch. Przez złe odżywianie na studiach nieco mu się przytyło, z czego nie był zadowolony, ale jakoś nigdy nie miał czasu by wziąć się za siebie. Przyszło mu do głowy, że może to jest powód, dla którego Julian tak go traktuje? Może przestał go po prostu pociągać?
                Usiadł w brodziku i oparł się plecami o zimne kafelki. Poczuł ścisk w klatce piersiowej — przecież Julian nigdy nie był z nim tylko i wyłącznie dla seksu. W końcu Jacek zdecydowanie odstawał od powszechnego kanonu piękna — był niski, miał predyspozycje do tycia, no i te jego denerwujące, nieposkromione loki…
                Byli ze sobą już trzy lata, wszystko zaczęło się w liceum. Uśmiechnął się na samo wspomnienie tego, jak za Julianem latał, a ten najpierw próbował go zbywać. Niestety Jacek był uparty i zawsze starał się za wszystkich, więc mężczyzna jego marzeń w końcu dał mu szansę.
                Później wszystko działo się tak szybko — matury, długie wakacje, które spędzili pracując razem w kinie na kasach, aż w końcu wybór studiów. Padło na Poznań, ponieważ obaj lubili to miasto. Julian twierdził, że oferuje bardzo dobre warunki studentom, a i uczelnie są jednymi z najlepszych. Jacka natomiast przyciągało typowo „studenckie” życie z dala od rodziny, mnóstwo klubów, pubów, gdzie wiecznie coś się działo, a także to, że miał tu sporo znajomych.
                No więc zamieszkali razem. I o ile na początku było sielankowo, tak ostatecznie wyszło na to, że nie potrafili się dogadać.
                Jacek był roztrzepany, dużo marzył i niekoniecznie lubił po sobie sprzątać. Poza tym był dość niezdarny i zbił już sporo naczyń, w tym ulubiony kubek partnera. Z kolei Julian był jego absolutnym przeciwieństwem — opanowany, porządny pedant-racjonalista. Nie potrafił znieść tego, że Jacek obżerał się czipsami o północy i zostawiał w łóżku okruszki. Ba, żeby tylko w łóżku — okruszki potem były wszędzie. Na podłodze, na stole, pod biurkiem…
                Nie cierpiał tego, że nie ma chwili dla siebie w tej małej kawalerce, którą wynajmowali, bo Jacek był wszędzie. Ciągle do niego mówił, przytulał się, całował, ciągle chciał robić coś razem. A Julian, cóż, lubił posiedzieć sobie w spokoju i poczytać, pomyśleć, pouczyć się.
                Jacek wstał, bo przypomniał sobie, że jak tylko wyjdzie, usłyszy mnóstwo zarzutów — na przykład, że marnuje za dużo wody i sam będzie za to płacił.
                Przebrał się w swoją ulubioną piżamę w mopsy i wyszedł z łazienki, wycierając włosy w ręcznik.
                — Mógłbyś tego nie robić na środku pokoju? — burknął Julian, odkładając książkę na szafkę nocną.
                — A bo co? — odpyskował Jacek, kładąc sobie ręcznik na plecach.
                — Bo, na przykład, woda kapie na panele. I wypadają ci włosy. No chyba, że sam będziesz to sprzątał, ale przypomnę ci, że musisz jeszcze wyczyścić odpływ w prysznicu i odkurzyć dywan…
                — Skoro tak ci przeszkadza, to sam to zrób, do chuja! — warknął, wlepiając wzrok w wysokiego mężczyznę stojącego przed nim. — Jesteś jakiś popieprzony. Ciągle tylko narzekasz, że syf, że to, że tamto, a ja potem muszę latać i wszystko czyścić, jebany książę… — wydusił ze złością, po czym usiadł na łóżku i ukrył twarz w dłoniach. Sam nie wierzył, że powiedział to wszystko na głos. W końcu wcześniej jego plan zakładał poprawienie sytuacji, a nie jej pogorszenie. Jednak, cóż, miał tego narzekania szczerze dość.
                — Ty nasyfiłeś — zaczął Julian oschłym tonem, patrząc na Jacka z góry. — Ty sprzątasz. Taka była zasada numer jeden. Którą złamałeś wielokrotnie. A teraz, wybacz, ale nie mam ochoty się z tobą kłócić — dodał i zamknął się w łazience.
                Jacek położył się na swojej stronie łóżka i odwrócił do ściany, próbując zignorować ścisk w gardle i napływające do oczu łzy. Nie był pewien, ile jeszcze jest w stanie znieść.

***

                Denerwujące brzęczenie wybiło go z ciekawego snu, którego zaraz po przebudzeniu już nie pamiętał. Mruknął coś niewyraźnie, wyłączając budzik w telefonie i przetarł oczy. Druga połowa łóżka była pusta, a w kawalerce panowała cisza nie do zniesienia.
                Usiadł i, żeby zapełnić jakoś pustkę w mieszkaniu, włączył muzykę. Padło na utwór Coldplay „We never change”.
                Siedział tak chwilę, przyzwyczajając się do wczesnej pory — zdecydowanie nie był rannym ptaszkiem. Wolał sobie pospać do dwunastej, niż zrywać się na ósmą. Jednak jego plan wyglądał jak wyglądał i w poniedziałek jako pierwsze miał laboratoria mikrokomputerowe, których nie mógł olać już na starcie, nie wiedząc nawet, o co tam chodzi.
                Zerknął na zegar wiszący na ścianie — dochodziła ósma, więc miał jakieś czterdzieści minut, żeby się ogarnąć i dotrzeć na autobus. Oczywiście, mógłby pójść pieszo, w końcu mieszkał zaraz obok kampusu, ale po co, skoro mógł tam dojechać w cztery minuty, zamiast iść jakieś piętnaście.
                Większość jego znajomych uważała, że jest leniwy, sam Jacek zaś, że po prostu czyni swoje życie o wiele łatwiejszym.
                Kiedy już wyszedł z mieszkania, skrzywił się na widok deszczu. Była końcówka lutego i ciągle było chłodno i brzydko, czego miał dosyć, bo zdecydowanie wolał wiosnę. Założył kaptur na głowę i szybkim krokiem ruszył na przystanek, który znajdował się niedaleko.
                Długo nie musiał czekać na „dziewięćdziesiątkę ósemkę”, która wiozła go pod sam wydział fizyki. Wszedł do pojazdu i przyłożył swoją legitymację studencką do czytnika, płacąc w ten sposób za przejazd.
                Na środku autobusu dojrzał swojego dobrego kumpla z roku, więc czym prędzej zaczął się do niego przeciskać.
                — Hej, Mati! — zawołał, unosząc rękę do góry i machając mężczyźnie, który zdawał się go nie zauważać. Cóż, Jacek był trudny do odnalezienia w tłumie. — Przepraszam, przepraszam… — mówił do ludzi, którzy niechętnie przepuszczali go dalej. — Mateusz! — zawołał jeszcze raz, szturchając kolegę w ramię.
                — Jacku-placku! — ucieszył się i przytulił do siebie niższego chłopaka. — Ha, nie widziałem cię — dodał, uśmiechając się szeroko.
                — Nie dziwi mnie to — zaśmiał się Nogalski, wyswobadzając się z objęć kumpla. — Co tam? Okropny ten plan, nie? — jęknął, przykładając czoło do słupka, którego jednocześnie się trzymał.
                — Taaa — mruknął Mateusz i westchnął ciężko. — A myślałem, że będziemy mogli trochę więcej poimprezować!
                — No nie?
                Rozmawiali sobie wesoło do momentu, w którym nie przyszedł czas na wyjście z autobusu. Jacek przyłożył legitymację do czytnika ponownie, dzięki czemu system naliczył mu opłatę tylko za cztery przystanki, zamiast za wszystkie. Wysiedli z pojazdu i ruszyli w stronę jednego z głównych wejść do budynku — B, gdzie znajdowały się szatnie, bufet i kilka sal.
                — Mam nadzieję, że będziemy w tych samych grupach! — zawołał wesoło Mateusz, czochrając Jacka po włosach. — Wtedy będziemy mogli robić wspólnie projekty.
                — Ciekawe czemu chcesz robić projekty akurat ze mną, co, cwaniaczku? — zapytał Jacek, patrząc na kolegę ze zmrużonymi oczami.
                — A, bo wiesz, jesteś spoooko i takie taaam — mówił, przeciągając samogłoski i machając teatralnie dłonią.
                — Pewnie — prychnął Jacek. — Po prostu nic nie ogarniasz.
                — Nooo… — Mateusz zaczął marszczyć usta na różne sposoby. — Może trochę!
                Przed wejściem do budynku przywitali się z kilkoma kumplami z roku, którzy akurat palili papierosy. Obaj nie lubili dymu, więc szybko weszli do środka i zaczęli zdejmować z siebie kurtki.
                Jacek przyjrzał się Mateuszowi i uśmiech wpłynął na jego twarz mimowolnie. Lubił go. Mati jako jedyny zagadał do niego po rozpoczęciu roku akademickiego, widząc, że Nogalski nie bardzo wiedział, jak się odnaleźć wśród nowych ludzi.
                No i musiał przyznać, że lubił też jego wygląd. Mateusz miał czarne włosy sięgające mu okolic uszu — nie za długie, nie za krótkie. Przede wszystkim proste i zawsze lśniące, czego Jacek niesamowicie mu zazdrościł. Uroku dodawały mu jego niebieskie oczy, zawsze roześmiane i ciepłe. Kwadratowa szczęka natomiast czyniła go bardzo męskim, tak samo jak lekki zarost, który zawsze utrzymywał w porządku. Do tego był wysoki i umięśniony, bo kochał sport i siłownię.
                Tak. Mateusz zdecydowanie wygrał na loterii genowej. I, cóż, charakteru nie miał wcale gorszego — byli do siebie z Jackiem bardzo podobni, choć Mati miał nieco więcej pewności siebie. No i podobno umiał niesamowicie gotować, czym często się chwalił, ale nigdy jakoś nie miał szansy tego udowodnić.
                Jacek niekoniecznie rozumiał więc, dlaczego ktoś taki, kto mógłby zakumplować się z każdym, wybrał akurat jego. Ale bardzo się z tego powodu cieszył, bo przez jeden semestr zauważył, że czuje się przy nim taki wyluzowany i radosny.
                Stwierdził, że te długie godziny spędzone na uczelni nie będą takie złe — z Mateuszem na pewno będzie się świetnie bawił.
                — Haloo, Kaczek — usłyszał. — Numerek.
                — Co? — zapytał zdezorientowany, patrząc na kumpla.
                — Znów bujałeś w obłokach. — Mati wywrócił oczami. — Numerek od pani weź. Szatnia? Kurtka? Mówi ci to coś?
                Jacek prychnął tylko i czym prędzej wziął plastik od szatniarki, po czym ruszył w stronę schodów, bo sale komputerowe znajdowały się piętro wyżej.
                Zdecydowanie będzie się dobrze bawił.